REKLAMA

Używane auta będą znikać. Przebadali 850 i trochę klops

Dostęp bezkluczykowy to jedno z tych rozwiązań, które mieliśmy pokochać za wygodę. Tymczasem jest on wygodny przede wszystkim dla złodzieja z walizką pod pachą. A na rynku używek roczniki sprzed poprawek znikają najchętniej.

Używane auta będą znikać. Przebadali 850 i trochę klops

W 2025 roku w Polsce z powodu kradzieży wyrejestrowano 4751 samochodów. To spadek o 10 procent rok do roku i czwarty z rzędu rok ze spadkami. Poprawa jest. Tylko że najczęściej kradzione były auta z 2019 roku, a następnie z roczników 2021 i 2020. Pięcio-, sześcio- i siedmiolatki – czyli dokładnie takie, jakich najczęściej szukamy na rynku wtórnym.

Statystyk dotyczących dostępu niestety nie ma. Są natomiast liczne doniesienia internetowe. Plaga kradzieży na tzw. walizkę, czyli za pomocą wzmacniacza sygnału, była tak duża, że producenci musieli na to zareagować. I zareagowali, tylko od konkretnych roczników. Auta sprzed wprowadzenia poprawek niestety pozostają łakomym kąskiem dla złodziei.

Wystarczy kilkanaście sekund

Niemiecki ADAC od dziesięciu lat testuje systemy bezkluczykowe i przebadał już 850 aut. Wyniki wyglądają optymistycznie, bo dziś około 70 proc. modeli jest lepiej zabezpieczonych niż dekadę temu. Jeśli natomiast przeczytamy to w drugą stronę, pozostałe 30 proc. to samochody, które nadal można bez większego wysiłku otworzyć i po prostu odjechać. Jeden na trzy.

Wszystkiemu winna jest właśnie technologia keyless, a raczej jej początkowa wersja. Jej główna zaleta – a więc „rozmowa” kluczyka z odbiornikiem w samochodzie – stała się jej najsłabszym punktem. Bo złodzieje błyskawicznie nauczyli się wzmacniać sygnał wysyłany przez kluczyk tak, żeby auto odczytywało go nawet wtedy, kiedy fizycznie znajduje się setki metrów dalej.

Metoda ta nazywana jest atakiem przekaźnikowym, a u nas została ochrzczona „kradzieżą na walizkę”. Zasada działania jest banalnie prosta. Jedna osoba podchodzi pod drzwi lub okno i przechwytuje, a następnie wzmacnia sygnał wysyłany przez kluczyk. Druga stoi przy aucie i ten sygnał odbiera. Dla samochodu wygląda to tak, jakby właściciel z kluczykiem stał tuż obok, więc posłusznie otwiera drzwi i pozwala odpalić silnik.

Najgorsze jest to, że kluczyk wcale nie musi leżeć przy drzwiach. Wystarczy, że jest w domu. A gdy silnik już raz zaskoczy, auto jedzie dopóty, dopóki wystarczy mu paliwa albo prądu.

Dziura technologiczna

Ratunkiem jest nowsza technologia radiowa o nazwie UWB, czyli ultraszerokie pasmo. Pozwala ona samochodowi obliczyć, ile czasu zajmuje sygnałowi podróż między kluczykiem a odbiornikiem, i na tej podstawie ocenić realną odległość. Wzmacniacz przestaje działać, bo o ile moc sygnału da się oszukać, tak z prawami fizyki nie jest już tak łatwo.

Kłopot w tym, że technologia UWB trafiła do samochodów w okolicach 2019 roku, na początku głównie do droższych modeli. Istnieje więc spore ryzyko, że kilkuletnie auta z rynku wtórnego mogą jej jeszcze nie mieć.

Drugim zabezpieczeniem jest czujnik ruchu w kluczyku, który po chwili bezruchu wyłącza nadawanie. ADAC ocenia to jednak jako rozwiązanie połowiczne, bo nadal pozostaje kilkuminutowe okienko, w którym auto da się ukraść. Przy czym złodziejowi na pewno będzie trudniej, jeśli dopiero co wróciłeś do domu i możesz potencjalnie chcieć wrócić po coś do auta.

Ostrożności nigdy za wiele

Nie chodzi o to, żeby demonizować keyless, bo to naprawdę wygodne rozwiązanie. Warto jednak przy kilkuletnim aucie dopytać, czy dostęp bezkluczykowy w ogóle jest, a jeśli jest, to czy da się go wyłączyć. Sporo modeli ma taką opcję w menu. Niestety kosztem wygody, dla której tę technologię w ogóle wymyślono. Dla chętnych istnieją też elektroniczne układy odcinające obwód, jednak do ich obsługi najczęściej używa się dodatkowego pilota, który bywa równie podatny na przejęcie sygnału.

Najprostszym i najpewniejszym rozwiązaniem pozostaje więc klatka Faradaya – specjalne etui lub pojemnik blokujący sygnał – i najlepiej trzymanie kluczyka z dala od drzwi i okien.

Gorzka konkluzja jest taka, że najpopularniejsze obecnie roczniki na rynku wtórnym wpadły w dziurę technologiczną, co czyni je bardziej podatnymi na kradzież w porównaniu z nowszymi, ale też starszymi modelami otwieranymi pilotem. I to właśnie te auta lądują na szczycie listy życzeń lokalnego złodzieja.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.