Wyremontowali unikatowy autobus. To był niezbyt udany model
W przedostatnią sobotę października Wrocław pochwalił się pięknie wyremontowanym Jelczem L11. Warto z tej okazji wspomnieć, że ów model Jelcza to doskonały przykład, że nigdy nie jest tak źle, aby nie dało się tego zepsuć jeszcze bardziej.

Abym został dobrze zrozumiany, tytułem wstępu napiszę, że wrocławski Klub Sympatyków Transportu Miejskiego odwalił kawał dobrej roboty i to nie podlega żadnej dyskusji. Wóz został zrobiony tak, jak należy. Ten egzemplarz Jelcza L11 to ponadto zaledwie drugi sprawny w kraju - ten pierwszy znajduje się w Warszawie, w zbiorach stołecznego KMKM.
Problemem jest natomiast sama konstrukcja Jelcza L11, a także jego miejskiej wersji M11 - jeżeli punkt wyjścia, czyli licencyjny model PR100 był z wielu powodów zły, to ten był jeszcze gorszy. Cholera, miało wyjść inaczej.
Modele M11 i L11 to hybryda Jelcza z Ikarusem 260
Produkowany wówczas w Jelczu nowoczesny model PR110, stanowiący rozwinięcie wspomnianego PR100, powstawał na francuskiej licencji i jeszcze na początku lat 80. niemal połowa jego części była importowana z Francji za dewizy. Kiedy Polsce przyplątał się kryzys gospodarczy, pojawiły się ciężary.
Prawdziwy Polak zawsze jednak znajdzie rozwiązanie - dlatego pojawiła się koncepcja pożenienia komponentów Jelcza PR110 z podwoziem Ikarusa 260, masowo importowanego do Polski z Węgier. Żeby nie było, taki pojazd miał powstawać całkowicie profesjonalnie, w ramach współpracy polsko-węgierskiej, a nie po partyzancku na tyłach zajezdni, z wykorzystaniem szlifierki i spawarki.
Produkcję rozpoczęto w 1985 roku
Prototyp zbudowano już w 1983 roku, jednak produkcja seryjna nowego Jelcza wystartowała dwa lata później. Autobus oznaczono kodem M11, gdzie "eMka" odnosiła się do miejskiego przeznaczenia.
W 1987 roku dołączył model L11, czyli wersja przystosowana do obsługi linii lokalnych, od M11 różniąca się chociażby inną aranżacją wnętrza. Produkowano również wersję dwudrzwiową, oznaczoną kodem L11/2 - dokładnie taką, jak świeżo wyremontowany wrocławski egzemplarz.
Do kratownicy podwozia Ikarusa 260 dopasowano nieco przerobione nadwozie Jelcza PR110
Z tą szlifierką i spawarką to nie był tak do końca jedynie żart, ponieważ tak z grubsza wyglądał proces dopasowania nadwozia od popularnej "peerki" do węgierskiego podwozia. Dolna część takiego pojazdu, mniej więcej do dolnej linii okien, to właściwie kalka krótkiego Ikarusa. Na to wszystko założono skrócone o około metr nadwozie Jelcza - o tyle krótsze było nowe podwozie.
Z zewnątrz nowe Jelcze wyglądały bardzo podobnie do modelu PR110 i na pierwszy rzut oka można było nawet nie zauważyć różnicy. Po dłuższej obserwacji widać, że M11 i L11 nie mają małego okienka za tylnymi drzwiami, co wynika z mniejszej o metr długości autobusu.

Ogromna różnica kryła się natomiast w mechanice. Po pierwsze, oryginalny Jelcz na licencji posiadał silnik umieszczony z tyłu. Jelcz na podwoziu Ikarusa miał zaś silnik pomiędzy osiami. Po drugie, sam silnik był zgodny z węgierskim odpowiednikiem, a więc była to jednostka Raba - "peerkę" napędzał poczciwy Mielec. Po trzecie, z uwagi na całkowicie inne usadowienie silnika, modele M11 i L11 miały znacznie podwyższoną podłogę.
Miało być lepiej, a było jeszcze gorzej
Problemem Jelczy PR100 i 110 była wiotka konstrukcja kratownicy, która pękała od naprężeń. Kondycja polskich dróg niestety nie pomagała, a fakt regularnego przeciążenia kursujących autobusów nie pomagał jeszcze bardziej.
W Jelczach M11 i L11 problemu nie rozwiązano, ale za to jeszcze go uwypuklono. Kombinowana konstrukcja dołu od Ikarusa i góry od Jelcza okazała się niezbyt trwała, a kratownica źle znosiła liczne naprężenia. Najlepiej świadczy o tym fakt, że już na początku lat 90. wycofano z eksploatacji pierwsze egzemplarze - po zaledwie 5 latach służby.
Widać, że był to jednak owoc kryzysu, a nie przemyślana długofalowo konstrukcja. Tymczasowość była wszakże całkowicie umyślna, ponieważ w przygotowaniu był bardziej dojrzały model M120, wdrożony dopiero po 1990 roku - wtedy M11 i L11 stały się już niepotrzebne i można było zakończyć ich produkcję.
We Wrocławiu z okazji prezentacji wyremontowanego Jelcza L11 pojawiło się łącznie 10 egzemplarzy takich pojazdów
Jak już wspomniałem, aktualnie sprawne "eLki" w całym kraju są jedynie dwie, dlatego resztę stawki stanowiły miejskie "eMki". Tego dnia wszystkie zebrane zabytki kursowały po Wrocławiu na specjalnej linii E. Na szczęście dla Was, nie mogłem tego dnia się na tym wydarzeniu pojawić, dlatego nie będę przynudzał swoimi zdjęciami.
A Jelcza M11 lub L11 chętnie zobaczyłbym na jakimś zlocie na Węgrzech - właściwie to więcej w nim Ikarusa, aniżeli Jelcza.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.