REKLAMA

Podchody pod duże pojemności dla każdego. Kategoria A robi się zbędna

W Sejmie nie ustają działania, które w praktyce prowadzą do tego, żeby kategoria prawa jazdy A stała się bezużytecznym świstkiem papieru. Jeśli życzenia posłów się spełnią, każdy kierowca będzie mógł wsiąść na motocykl o dużej pojemności.

Podchody pod duże pojemności dla każdego. Kategoria A robi się zbędna

Niedawno pisaliśmy o tym, że grupa parlamentarzystów zwróciła się do ministra infrastruktury z interpelacją o rozszerzenie uprawnień kierowców posiadających prawo jazdy kategorii B. Zyskaliby oni możliwość jeżdżenia motocyklami o pojemności większej niż 125 ccm.

Teraz pojawiła się nowa inicjatywa. Jeszcze kilka takich pytań, a kategoria A stanie się bezużytecznym świstkiem papieru, czymś dla wybitnych świrów.

Motocykle powyżej 125 ccm

Pod koniec sierpnia 2026 r. grupa posłów zwróciła się z interpelacją do ministra infrastruktury, by rozszerzyć uprawnienia wynikające z posiadania prawa jazdy kategorii B.

Obecnie kierowca, który posiada taką kategorię od co najmniej trzech lat, może prowadzić motocykl o pojemności do 125 ccm, maksymalnej mocy 11 kW (15 KM) i stosunku mocy do masy nieprzekraczającym 0,1 kW/kg.

Zdaniem parlamentarzystów to za mało i ci sami kierowcy powinni móc prowadzić mocniejsze motocykle bez żadnych ograniczeń dotyczących pojemności.

Proponują dostęp do większej mocy na przykład po 10-godzinnym szkoleniu. Przewidują też limit mocy – ich zdaniem mogłoby to być 27 KM (20 kW). Stosunek mocy do masy nie powinien przekraczać 0,15 kg/kW.

Ministerstwo jeszcze nie odpowiedziało, co myśli o tym pomyśle, a już pojawił się kolejny apel. Nawet nie muszę go czytać, by wiedzieć, co w nim znajdziemy.

Wolność od pojemności

W wykazie aktywności poselskich pojawiła się interpelacja zatytułowana „W sprawie zmiany przepisów ustawy o kierujących pojazdami w zakresie uprawnień kategorii B prawa jazdy do prowadzenia motocykli historycznych i zabytkowych”.

Jej treść jeszcze nie została opublikowana, ale nietrudno odgadnąć, czego dotyczy. Tytuł raczej tłumaczy wszystko: chodzi o apel o możliwość jeżdżenia motocyklami o pojemnościach większych niż 125 ccm bez kategorii A, jeśli będą odpowiednio stare.

Uzasadnienie takiego apelu łatwo stworzyć. Z takich maszyn korzysta się bardzo rzadko. Większość pewnie notuje nikłe przebiegi. Jeżdżą raczej podczas rozmaitych parad i pokazów, a nie na co dzień po ulicach.

Dlaczego więc nie dać ich posiadaczom prawa do jeżdżenia, skoro nie stanowią żadnego zagrożenia? Dajmy im, dlaczego nie? Wprawdzie Suzuki GSX 1300 R Hayabusa – kiedyś najszybszy seryjny motocykl świata – to już prawie 30-letni pojazd i przy odpowiedniej konstrukcji przepisów można byłoby zrobić z niego pojazd historyczny, ale to nie szkodzi. Nie brakowałoby zapaleńców chętnych, by rozpędzić się takim zabytkiem do 290 km/h.

Ta i inne interpelacje podważają sens istnienia kategorii A prawa jazdy. Lepszy skutek niż istnienie tej kategorii dałby zakaz sprzedawania niektórych motocykli.

Zlikwidujcie szybkie motocykle

Te interpelacje podkopują sens istnienia kategorii A. Sugerują, że po niewielkim przeszkoleniu da się bezpiecznie poruszać każdym motocyklem, nie tylko takim o niewielkiej pojemności. I mają rację. Problem nie tkwi w uprawnieniach, tylko w maszynach i kierowcach, którzy je prowadzą.

Z kategorią A jest obecnie problem. Jej zdobycie kosztuje sporo czasu i pieniędzy, a łączny koszt kursu, egzaminu i wydania uprawnień może sięgać 6 tys. zł. W wielu przypadkach trzeba ją zdobyć tylko po to, by nabić w sezonie przebieg na poziomie roweru albo i mniejszy.

Wielu kierowców ignoruje wymóg posiadania kategorii A, gdy chcą pojeździć mocniejszym motocyklem. Ryzyko napotkania kontroli policyjnej jest bliskie zeru, szczególnie gdy jeździ się wyłącznie w pobliżu swojego miejsca zamieszkania.

Sam znam co najmniej dwie osoby, które nie mają kategorii A, a posiadają motocykle wymagające takich uprawnień. Nawet nie bardzo się palą, żeby je zdobyć. A przecież nie znam zbyt wielu motocyklistów.

Przestrzeń między uszami jest bez opieki

Problem z kategorią A polega na tym, że w trakcie kursu nie wymienia się kursantowi zawartości przestrzeni między uszami. Szanse na wzbudzenie refleksji nad tym, jak należy korzystać z pojazdów o ekstremalnie dobrym przyspieszeniu, nie są przesadnie wysokie. Takie kursy po prostu nie produkują odpowiedzialnych kierowców, a jedynie kierowców z uprawnieniami.

Drugi problem polega na tym, że kategoria A daje legalny dostęp do urządzeń, które z punktu widzenia użyteczności są kompletnie zbędne, a wręcz szkodliwe. Nie ma żadnego uzasadnienia dla istnienia w ruchu ulicznym pojazdów rozpędzających się do setki w 3 s i osiągających prędkość maksymalną sięgającą 300 km/h.

Mimo to są w sprzedaży, a kategoria A daje do nich dostęp, nie wiedzieć po co. Lepsze od kategorii A w roli bezpiecznika byłyby długotrwałe badania w szpitalu psychiatrycznym lub jakiś rodzaj elektronicznego kagańca w każdym sprzedawanym pojeździe.

Podchody trwają

Nie przewiduję, żeby parlamentarzystom udało się przekonać ministerstwo do swoich racji, ale presja rośnie. Wątpię, czy starczy im zapału, by wystąpić z własną inicjatywą ustawodawczą. W tej materii zapewne niewiele się zmieni – nadal będziemy mieli kategorię A i absurdalnie szybkie motocykle.

Dziwi mnie tylko postawa Ministerstwa Infrastruktury. Zapowiada walkę z elektrycznymi hulajnogami i elektrycznymi motorowerami udającymi motocykle, bo są zbyt szybkie, a nie zauważa istnienia zbyt szybkich, zupełnie legalnych motocykli oraz ich posiadaczy bez żadnych uprawnień.

Grzegorz Karczmarz
Redaktor

Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.