Chińczycy to brutale. Miliardy na hybrydowe auta idą do piachu
Chińczycy właśnie spuszczają łomot zachodnim producentom i wcale się z tym nie kryją. Po tym, gdy jedni zainwestowali miliardy euro w rozwój hybryd, drudzy zmieniają zasady gry. Płacz prezesów słyszę u siebie w domu.

Zachodnie koncerny uwierzyły chińskim zapewnieniom, że tamtejszy rynek jest otwarty, że jest chłonny i gwarantuje stabilne źródło dochodu. Wystarczy przyjść, otworzyć spółkę joint venture z chińskim partnerem technologicznym, dać trochę swojej technologii i już można zarabiać. Przez blisko 30 lat ten model działał i sprawdzał się dla wszystkich partnerów. Tylko Chiny po cichu przygotowywały się do zmiany zasad gry. Tamtejsze przedsiębiorstwa po transferze technologicznym były gotowe do własnej produkcji, a miliardy euro wydane na rozwój miały się zwrócić. Kierunek był jasny - samochody z napędem elektrycznym lub hybrydy.
Powstał system dopłat do zakupów nowych samochodów rodzimej produkcji, sprawiono, że kupno chińskiego samochodu stało się wyrazem patriotyzmu. Zachodni producenci przeżyli pierwszy szok. Nie byli gotowi na spadek sprzedaży, a ich produkty okazały się słabsze niż produkty chińskie. Jedynie Tesla się broni, ale to walka skazana na porażkę. Spadki sprzedaży były drastyczne, mówiono o zamykaniu salonów, zwolnieniach, o tym, że trzeba sprzedawać samochody wyprodukowane w Chinach na europejskim rynku, żeby nie pójść z torbami. Ratowano się pójściem w hybrydy plug-in, ale rząd chiński postanowił pokazać, kto tu jest panem sytuacji. Właśnie zmienił zasady dla hybryd plug-in i to tak brutalnie, że zachodni producenci są w kropce.
Nowe zasady dla hybryd w Chinach. Zachód dostał łomot
W Chinach podobnie jak i na Zachodzie, hybrydy plug-in były przedstawiane jako złoty środek pomiędzy spalinową motoryzacją a elektryczną. Żeby zachęcić klientów do pójścia na kompromis, stosowano system zachęt podatkowych. Kupujący PHEV obciążani byli mniejszymi opłatami. Byli, bo teraz zmieniono zasady. Do tej pory, żeby załapać się na preferencje fiskalne, wystarczyło, żeby samochód oferował co najmniej 43 km zasięgu na samym prądzie. W myśl nowych przepisów minimalny zasięg dla hybrydy plug-in ma wynosić 100 km. I już zaczyna być niemiło, bo tylko kilka zachodnich modeli spełnia te wymagania, wszystkie inne będą po prostu droższe w zakupie i utrzymaniu.
Nie wierzę, że to nie jest przypadek, bo od jakiegoś czasu chińskie auta oferują znacznie powyżej 100 km zasięgu w trybie elektrycznym. Dzieje się to poprzez zastosowanie baterii o większej pojemności. Tamtejsi producenci zaczęli skupiać się na zasięgu, a tam żadna duża firma nie robi nic bez konsultacji z rządem.

Ale Chińczycy stwierdzili, że uderzą jeszcze z innej strony. Skupili się również na efektywności silnika spalinowego, wprowadzając zaostrzone normy emisji spalin oraz spalania. Tym samym uderzyli w samochody, w których dodatek silnika elektrycznego był tylko manewrem do zamaskowania spalania. W efekcie wszystkie zachodnie marki musiały zmienić swoją ofertę hybryd plug-in w Chinach. Część wycofała je całkowicie, reszta walczy, ale skutek będzie opłakany.
To było do przewidzenia
Chińczycy brutalnie wykorzystali pazerność koncernów motoryzacyjnych i ich krótkowzroczność. Tam planuje się na dekadę do przodu, a w Europie wyznacznikiem jest rok obrotowy i dlatego mamy problem. Hybrydy plug-in były traktowane po macoszemu, jako sposób na obchodzenie norm emisji spalin. Już nie będą. Mogę się założyć, że niedługo usłyszymy, że koncerny motoryzacyjne potrzebują wsparcia ze środków publicznych, bo mają ciężko na rynku. Jak patrzę na ich ruchy, to niedługo bez rządowych kroplówek będą naprawdę w trudnej sytuacji, ale to się dało przewidzieć. Wystarczyło się zastanowić, dlaczego Chińczycy tak miło zapraszają do współpracy.



















