Chiński SUV nie mówi mi, kiedy skręcam. I ma rację
Jeżdżę obecnie Chery Tiggo 7 HEV, gdzie w chytry sposób da się obejść potrzebę ciągłego wyłączania systemów bezpieczeństwa. Ale jak to w życiu, są konsekwencje.

Tak jak autor piosenki „Długość dźwięku samotności” zapewne nie przypuszczał, iż odkryjemy kiedyś, że jest niski i łysy i że się odkochamy, tak chiński projektant systemu multimedialnego koncernu Chery mógł nie przewidzieć, że w wyniku jego pracy osoba europejska, jaką jestem, nie będzie wiedziała, że skręca. Dźwięki to nie jest prosta sprawa.
Jak do tego doszło, nie wiem, ale dopiero teraz to do mnie dotarło. W Chery Tiggo 7 nie słyszę dźwięku kierunkowskazów. W dodatku jest to całkowicie zgodne z przepisami.

Nie jest to pierwszy SUV koncernu Chery, którym jeżdżę. Na pewno widziałem już taką opcję, ale dopiero dziś mnie tknęło.
Chery Tiggo 7 HEV to Chery Tiggo 7 po liftingu
Koncern Chery zaprezentował nam ostatnio hybrydową wersję Tiggo 7. Gdyby Chińczycy znali pojęcie liftingu, to mogliby go użyć. Ale nie znają, dlatego trudno jest przebić się z tym, że wersja HEV jest trochę innym samochodem niż wcześniej dostępne wersje czysto spalinowe i PHEV. Ma też olbrzymi potencjał, by podbić rynek hybryd zamkniętych.
Ale może o tym napiszę w teście, bo jest nieźle. Jak się do tego doda kilka innych cech, to już robi się nawet groźnie. Na szczęście nie zmienili właściwości jezdnych tego auta, więc będzie też szansa się wyżyć. (Zdejmijcie z tych aut klątwę prowadzenia się jak galareta, proszę, i nie obchodzi mnie to, że są ludzie, którym może się to podobać.)

Na razie możesz myśleć, że Madonna źle się prowadziła albo Mike Tyson, albo jakiś arcybiskup z Poznania. I tak przebije ich Tiggo 7. Ale nie o tym miało być, tylko o pikaczach.
Klątwę pikania na szczęście da się zdjąć, i to dość chytrym sposobem.
Samochody pikają i pipczą
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele dźwięków potrafi wydawać współczesny samochód. Dzieje się tak dlatego, że jesteście za biedni i dlatego preferujecie rynek aut używanych, do którego pikanie jeszcze nie dotarło. Spokojnie, jeszcze momencik i wasz wymarzony Opel Corsa rzuci wam te wszystkie dźwięki prosto w twarz, gdy już dochrapiecie się do odpowiednio nowej generacji.
Pikanie bywa trudne do zniesienia, niektórzy wręcz go nienawidzą. Jestem nawet zdania, że jest to tortura dla osób nadwrażliwych sensorycznie. Niektórzy mówią, że samochody chińskie dokonują tu szczególnego udręczenia.

Nie jestem tego samego zdania, uważam, że szczególnie słabo wypadają samochody azjatyckie, a nie tylko chińskie. Jestem też całkiem zahartowany, przyzwyczaiłem się już do ciągłych, nic niewnoszących powiadomień. Ignoruję je i jeszcze nie umarłem, choć zapewne według urzędników z Brukseli jest to czysty przypadek, że jeszcze tak się nie stało.
Mimo tego niesamowitego szczęścia wciąż uważam, że jeden, ale dobrze umieszczony przycisk do wyłączania tych systemów to obowiązkowy punkt programu przy wybieraniu nowego samochodu.
Chery Tiggo 7 HEV pozwala poradzić sobie z pikaczami co najmniej na dwa sposoby. Oba średnie, na szczęście. Na szczęście, bo już niewiele brakuje, by tanie, hybrydowe SUV-y z Chin zabrały mi robotę w narzekaniu, likwidując te powody do narzekań. Tak z dwa lata jeszcze pewnie trzeba.
Ale nie o tym przecież.

Pikacze – sposób pierwszy
Nie umieściłbym Chery Tiggo 7 w czołówce listy pojazdów, w których łatwo wyłącza się te powiadomienia. Odyseusz zdąża (i widzi Pan, Pan też zdanża) wrócić do domu za każdym razem, gdy kierowca usiłuje wyłączyć te wszystkie ostrzeżenia.
Czynów tych bohaterskich dokonuje się z poziomu ekranu środkowego. Wywołuje się górne menu, system w tym czasie przypomina ci, że nie patrzysz na drogę, a ty po kolei wyłączasz te przeszkadzajki. Robi się to mało wdzięcznie, bo większość z nich potrzebuje potwierdzenia, że jesteś pewien tego, co czynisz. Odyseusz starzeje się i umiera w fotelu przed telewizorem, a ty dalej klikasz. Ale jest prostszy sposób.
Pikacze – sposób drugi
Nie trzeba wyłączać tych powiadomień, można je przyciszyć. Z lewej strony ekranu przed kierowcą są ikonki symbolizujące zwiększanie i zmniejszanie poziomu głośności, ale nie służą one do obsługi urządzenia zwanego radioodbiornikiem.

Za ich pomocą można wyciszyć alerty, w określonych kręgach zwane też powiadomieniami. Robi się to nawet prościej niż całkowite wyłączenie systemów z poziomu ekranu środkowego. W dodatku robi się to stałe, bo ustawienie poziomu dźwięku alertów nie resetuje się wraz z ponownym uruchomieniem zapłonu.
Pech chciał – a widocznie inaczej się nie dało – że wyciszanie alertów powoduje jednoczesne wyciszanie dźwięku kierunkowskazów. Nie jest ono jednak całkowite, ma swoje nieprzekraczalne minimum. Natomiast to minimum jest tak ciche, że w czasie jazdy nie usłyszycie swoich kierunkowskazów. Dzięki tak cudownej funkcji zastanawiałem się, czy ze mną jest coś nie tak (pewnie jest), czy ze mną jest coś nie tak (pewnie jest), bo nie słyszałem, że skręcam.
W związku z tym wiele metrów przejeżdżałem z włączonym kierunkowskazem, myląc współużytkowników drogi, a oni czasami przesyłali długi dźwięk trąbienia, bym nie czuł się samotny na drodze.

Chciałem bardzo się oburzyć tą cechą pojazdu, ale mi to nie wyjdzie. Otóż dźwięk kierunkowskazu nie jest obowiązkowy.
Dźwięk kierunkowskazu
Kierunkowskaz kiedyś brzmiał bardzo podobnie niemal w każdym samochodzie. Teraz nie trzeba słuchu absolutnego, by wychwycić spore różnice. Nowe możliwości otwierają się, gdy dźwięk dochodzi z głośnika, a nie jest już generowany przez mechaniczny przekaźnik.
Przepisy wymagają obowiązkowego wskaźnika prawidłowego działania kierunkowskazów. Może on być świetlny, dźwiękowy albo jednocześnie świetlny i dźwiękowy. Jeśli samochód ma prawidłowo działającą kontrolkę optyczną, dźwięk kierunkowskazu nie jest obowiązkowy.
Nie mogę więc mieć pretensji do chińskiego SUV-a, bo i tak zrobił więcej, niż się od niego wymaga. Ktoś jeszcze zna samochód, w którym da się wyłączyć dźwięk kierunkowskazu?
Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.