Oto najbardziej zapracowane radary. Produkcja mandatów idzie pełną parą
Trzy zdjęcia na minutę – tyle wynosi obecne tempo pracy państwowego systemu fotoradarów. W pierwszym półroczu 2026 roku CANARD zarejestrował ponad 785 tysięcy przekroczeń prędkości. Rok wcześniej było ich o jedną trzecią mniej.

Jeżdżę po polskich drogach na tyle długo, żeby pamiętać czasy, gdy fotoradar był szarą skrzynką, przed którą się zwalniało albo omijało się ją szerokim łukiem. Punkty pomiarowe w województwie znało się na pamięć. Tak było, droga młodzieży, ale te czasy bezpowrotnie minęły.
Pamiętam też czerwone skrzynki na listy na co drugim rogu. One też w znakomitej większości odeszły do lamusa.
Ale widocznie w naturze wszystko, w tym liczba skrzynek, musi się zgadzać, więc ich miejsce zajęły inne – żółte, które stoją teraz wszędzie.

Do tego dochodzą jeszcze odcinkowe pomiary prędkości, które liczą średnią przez kilkanaście kilometrów i nie wybaczają ani jednej chwili brawury czy zwykłego zagapienia. Dla państwa to wyjątkowo wygodne, bo „bezpieczeństwo” to temat, któremu trudno się sprzeciwić.
A samochodowi ministranci krzykną „Dobrze mu tak!”, dopóki „mu” nie zamienia się w „mi”. Bo wtedy to już opresyjny system.
Rośnie, bo rosnąć musi
Liczby mówią same za siebie. W pierwszej połowie 2026 roku fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości ujawniły ponad 785 tysięcy przekroczeń. Rok wcześniej było to 588 tysięcy, więc mamy skok o ponad 33 proc. W praktyce to przeszło 4300 zdjęć na dobę, czyli statystycznie trzy mandaty na każdą minutę. Zanim doczytasz ten tekst, któryś z sąsiadów dostanie drogiego selfiaczka.
Żeby złapać skalę, warto cofnąć się o rok. Cały 2025 rok zamknął się liczbą blisko 1,3 miliona wykroczeń – z czego same fotoradary odpowiadały za 735 tysięcy, a odcinkowe pomiary za 470 tysięcy. Skoro w pierwszym półroczu 2026 same pomiary prędkości dobiły już do 785 tysięcy, a cały system włącznie z RedLight do 825 tysięcy, to arytmetyka jest bezlitosna: w tym tempie tegoroczna suma bez trudu przebije półtora miliona.
Skąd ten wysyp? Odpowiedź nosi nazwę unijnej dotacji. System CANARD rozrósł się dzięki Krajowemu Planowi Odbudowy, który sfinansował zakup 128 nowych urządzeń – w tym 70 klasycznych fotoradarów, 43 OPP i 10 kamer monitorujących przejazd na czerwonym świetle.
Liczba samych odcinkowych pomiarów urosła w rok z 70 do 111. To niemal 60 proc. I to właśnie te urządzenia koszą dziś najintensywniej.
Zwycięzcą tej niechlubnej klasyfikacji jest odcinek S2 na Zagórzu w Warszawie. Włączony 1 stycznia tego roku OPP w sześć miesięcy zarejestrował tam blisko 38 tysięcy przekroczeń. To ponad 200 zdjęć dziennie z jednego miejsca. Drugi jest odcinek S17 pod Garwolinem z wynikiem ponad 28 tysięcy, a podium zamyka S6 na trasie Rościęcino – Niekanin.
Wspólny mianownik? Wszystkie trzy to nowości, uruchomione w ciągu ostatniego roku.

Wśród klasycznych fotoradarów żelaznym liderem pozostaje ten w Krzyszkowicach na Zakopiance – w pół roku ujawnił blisko 13 tysięcy wykroczeń. Turyści jadący w Tatry płacą tu myto z regularnością szwajcarskiego zegarka.
Boli, ale działa
Przed sięgnięciem po widły warto jednak spojrzeć na drugą stronę tej statystyki. Bo choć każdy przeklina żółtą skrzynkę, liczby są bezlitosne dla naszej narracji o „zdzierstwie”.
Norweskie badanie wykazało, że odcinkowe pomiary ograniczają liczbę wypadków ogółem o około 30 proc., a tych najcięższych – śmiertelnych i z ciężkimi obrażeniami – nawet o 56 proc. Również brytyjska Fundacja RAC policzyła, że po instalacji OPP liczba najpoważniejszych kolizji spada średnio o ponad jedną trzecią.
Innymi słowy: skrzynka, którą przeklinamy, statystycznie ratuje komuś życie. Zwykle komuś, kto bez niej jechałby za szybko. Być może jutro byłbyś to ty.
System (nie)idealny
CANARD sam przyznaje, że nie nadąża z papierologią – w przypadku odcinkowych pomiarów tylko co trzecie ujawnione wykroczenie kończy się mandatem, bo inspektorom brakuje rąk do weryfikacji tysięcy zdjęć. Rusza właśnie rekrutacja, żeby tę lukę załatać.
Czyli jeśli dostałeś zdjęcie, miałeś wyjątkowego, bo podwójnego pecha – według danych dwóch innych ancymonów z tego samego odcinka wywinęło się przez zator w urzędzie.
I to jest chyba najlepsze podsumowanie polskiej motoryzacji A.D. 2026. Mamy najnowocześniejszy sprzęt kupiony za unijne pieniądze, który rejestruje trzy wykroczenia na minutę, i jednocześnie urząd, który nie ma kim tych wykroczeń obrobić. Technologia spotyka się z urzędniczą arytmetyką i przegrywa. A kierowca dalej wciska gaz na Zakopiance, licząc, że akurat jemu się upiecze.
Statystycznie – dwa razy na trzy ma rację.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.