Polaków podejście do mandatów. Nauczka czy represje systemu
Są dwa typy kierowców. Ci, którzy dostali mandat i potraktowali go jak lekcję, oraz ci, którzy w polu „winny” potrafią wymienić wszystkich świętych, tylko nie siebie. Polska motoryzacja od lat żyje w pięknym micie: „ja jeżdżę dobrze, tylko mnie prześladują”.

W realnym świecie tych drugich jest znacznie, znacznie więcej. Bo winny jest zawsze ktoś inny. Policja, oznakowanie, rowerzyści, Unia Europejska albo „ta baba w Yarisie”. Nigdy my. My jesteśmy przecież Ayrtonem Senną powiatówki.
Mandat teoretycznie powinien być lekcją pokory. Zimny prysznic dla ego, które właśnie próbowało pobić rekord odcinka między Lidlem a rondem Jana Pawła II. Przyczynek do refleksji. Ale w praktyce działa trochę jak recenzja restauracji od obrażonego klienta. Nikt nie mówi: „faktycznie, przesadziłem”. Ludzie mówią: „złodzieje”, „polowanie”, „państwo opresyjne”. Tak, Sebuś, państwo opresyjne śmiało cię zatrzymać, bo jechałeś 140 km/h przez teren zabudowany. Prawdziwy zamordyzm.
Najpiękniejszy, teatralny wręcz moment następuje jednak zaraz po zatrzymaniu.
Spektakl w pięciu aktach
Akt pierwszy: Zaprzeczenie
Zanim jeszcze funkcjonariusz dotrze do okna, ty już wiesz, że to pomyłka. Absolutna pomyłka. Radar musiał się mylić. Przecież te starsze modele bywają nieskalibrowane, słyszałeś o tym od kolegi, który słyszał od kogoś, kto kiedyś wygrał w sądzie. Poza tym – spojrzałeś na prędkościomierz i prawie na pewno jechałeś wolno. Tyle, ile wolno. No, może trochę więcej. No dobra, sporo więcej. Ale czułeś, że jechałeś bezpiecznie, pełna kontrola. Jak zawsze.
Akt drugi: Negocjacje
Okno opuszczone, twarz ułożona w grymas skruchy z domieszką głębokiego niezrozumienia przyprawionego zaskoczeniem tak szczerym jak polityczne obietnice w kampanii wyborczej. Jeśli szybko coś wymyślisz i dobrze to sprzedasz, to na pewno zadziała. Problem w tym, że w tych momentach myślenie działa trochę jak internetowe trendy:
„Panie władzo, bo tu jest nieczytelny znak…”
„Jechałem za tamtym autem…”
„Śpieszę się, bo żona w szpitalu…”
„Ale przecież wszyscy tu tak jeżdżą…”
To ostatnie to moje ulubione. Logika iście filozoficzna: skoro wszyscy łamią prawo, to łamanie prawa jest prawem. Rousseau by płakał. Albo przyklasnął – zależy, który Rousseau.

„Panie władzo, ale ja tylko na chwilę przyspieszyłem”
No tak. Słynne „na chwilę”. Według polskich kierowców fizyka działa wybiórczo. Samochód nie jedzie 120 km/h. On tylko na chwilę znajduje się w stanie 120 km/h.
Wyobrażam sobie, że każdy patrol ma te wszystkie błyski inteligencji ponumerowane i przy odpalaniu „bomb” obstawiają:
– Stówa na to, że zagra piątką.
– Podbijam. Dwieście, że to będzie jedynka.
– Wchodzę!
Funkcjonariusz słyszy te argumenty średnio dwadzieścia razy dziennie. Jego twarz jest twarzą człowieka, który osiągnął nirwanę – absolutny spokój wobec cierpienia innych. Buddyjski mnich, który zamienił karmelowe łachmany na odblaskową kamizelkę.
Akt trzeci: Poszukiwanie spisku
Po mandacie natychmiast wjeżdża narracja z ofiarą systemu. Facet kupuje dwutonowego SUV-a z silnikiem o mocy małej elektrowni wodnej, potem jest oburzony, że przekroczył prędkość. To trochę jak kupić miotacz ognia i dziwić się, że robi się gorąco.
Chociaż w sumie zdziwienie nie tyle dotyczy faktu przekroczenia, tylko tego, że ktoś śmiał cię na tym przyłapać. Jeszcze w samochodzie, zanim ruszysz, już tworzysz teorię.
Suszyli dokładnie za zakrętem. Zaraz za krzakami. To nie przypadek. To pułapka zastawiona przez system, który nie dba o bezpieczeństwo, tylko o kasę. Bo gdyby chodziło o bezpieczeństwo, to by naprawili dziurę na tej samej ulicy, a nie tu stali z pistoletem. Bardzo celna obserwacja, nawiasem mówiąc. Dziura faktycznie jest. Tyle że mandat dostałeś nie za dziurę.
Do domu wracasz już jako ofiara. Polityczna, systemowa, finansowa. Opowiesz o tym żonie, dzieciom, sąsiadowi, psu. Pies wysłucha najbardziej cierpliwie.
Akt czwarty: Faza medialna
Wieczór. Facebook, Twitter/X, jakakolwiek grupa „Kierowcy kontra system – województwo XYZ”. I regularny post wieczorny w poszukiwaniu współciemiężonych braci:
„Ustawili się za zakrętem na [wstaw miejscowość]. Uważajcie!!!”
Trzydzieści serduszek, piętnaście komentarzy „skandal”, jeden ostrożny głos sugerujący, że może jednak limit prędkości tam obowiązuje – i ten głos zostaje natychmiast zasypany emoji z rozbawioną gębą oraz uwagą, żeby się nie odzywał, jeśli nie wie, o czym mówi.
Ostrzeganie przed kontrolą drogową to zresztą w Polsce akt obywatelskiej solidarności. Szlachetny, niemal romantyczny. Jakbyśmy wszyscy razem uciekali przez zieloną granicę, a nie po prostu pędził jeden panicz swoim BMW przez strefę zamieszkania.
Akt piąty: Refleksja
I tu jest clou. Tu jest ten moment, w którym felieton powinien się mądrze zakończyć wnioskiem, że może jednak warto wyciągnąć lekcję, zwolnić, zastanowić się. Problem w tym, że dla zdecydowanej większości z nas nie ma aktu piątego.
Jakby po akcie IV ktoś wkleił instrukcję z butelki szamponu: „czynność powtórzyć”. Za tydzień, za miesiąc, znowu ta sama droga, znowu ten sam gaz, znowu poczucie, że tym razem się uda, bo przecież zawsze się udawało.
Mandat jako lekcja pokory działa tylko wtedy, gdy ktoś chce się czegoś nauczyć. A my – jako gatunek siedzący za kierownicą – jesteśmy uparcie przekonani, że już wszystko wiemy. Że reagujemy świetnie. Że nasze refleksy są wyjątkowe. Że te statystyki dotyczą innych.
Podobno istnieje też druga grupa. Ci od „mandat mnie nauczył”. Okaz tak rzadki, że niemal nie do zaobserwowania w naturze. Dowodem ich istnienia są głównie moralizatorskie elaboraty publikowane w internecie jakiś czas po popełnieniu wykroczenia. „Od tamtej pory jeżdżę przepisowo”. Oczywiście do momentu, aż ktoś zajedzie im drogę. Wtedy wraca stary Sebastian, patron lewego pasa i pogromca ograniczeń prędkości.
Materiał na pracę naukową
Polska za kierownicą to zresztą fascynujące studium psychologiczne. Człowiek, który w sklepie mówi „przepraszam, że tu stoję i tak zachłannie oddycham”, po wejściu do auta zmienia się w średniowiecznego watażkę. Nagle każdy metr asfaltu to jego prywatne księstwo. Kierunkowskaz? Oznaka słabości. Jazda na suwak? Komunistyczny eksperyment społeczny. Ograniczenie do 50? Zamach na wolność obywatelską.
Większość ludzi nie nienawidzi mandatów za to, że są niesprawiedliwe. Oni nienawidzą mandatów, bo przypominają im brutalną prawdę: nie są tak dobrymi kierowcami, jak myślą. A polski kierowca ma ego delikatniejsze niż lakier Tesli w konfrontacji ze szczotkami drucianymi na myjni automatycznej.

Drugi problem z mandatami polega na tym, że wszyscy chcą, żeby inni byli karani. Pirat drogowy? Oczywiście, surowo karać! Ale gdy radar zrobi zdjęcie nam, sytuacja nagle staje się bardziej skomplikowana. „Bo droga była pusta”. „Bo nowoczesny samochód”. „Bo to bezpieczna prędkość”. Każdy ma własny kodeks drogowy pisany emocjami i pośpiechem.
A potem ten sam człowiek jedzie na wakacje do Austrii, Szwajcarii albo Skandynawii i nagle potrafi przestrzegać przepisów z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Da się? Da się. Ale tam mandat nie kosztuje „trochę zaboli”, tylko „dzieci w tym roku zobaczą morze w Google Street View”.
I może właśnie o to chodzi. U nas mandat rzadko uczy pokory. On najczęściej uczy kalkulacji. Kierowca nie myśli: „to było niebezpieczne”. Kierowca myśli: „następnym razem zwolnię przed radarem”. To nie jest moralna przemiana, tylko aktualizacja oprogramowania cwaniaka.
Mimo wszystko mandaty są potrzebne. Nie dlatego, że naprawiają ludzi. Ludzi zwykle nic nie naprawia. One tylko przypominają, że droga publiczna nie jest torem wyścigowym, nawet jeśli Mati w Passacie i Piter w Superbie uważają inaczej. I czasem właśnie ten irytujący kawałek papieru z kwotą do zapłaty jest jedyną rzeczą stojącą między nami a kompletnym drogowym chaosem.
Choć oczywiście każdy z nas nadal będzie powtarzał:
„Mandat? No pech, niesprawiedliwość, grabież! Generalnie jeżdżę bezpiecznie. Akurat wtedy wyjątkowo się spieszyłem”.
Autor tego tekstu ma prawo jazdy od 25 lat i nigdy nie wyłapał mandatu za szaleństwa drogowe. Poprzednie zdanie może nie być prawdą.



















