REKLAMA

BMW zarabia na tym więcej niż na samochodach. Chytrze

BMW wykręciło na motocyklach większą marżę niż na samochodach. Nie jest to pierwszy raz, ale takiej przepaści nie widziano od dawna. Mniej sprzedanych sztuk, mniej przychodu, a na koniec więcej pieniędzy w kieszeni. Ktoś tu wie, co robi.

BMW zarabia na tym więcej niż na samochodach. Chytrze

Liczby pochodzą z raportu półrocznego grupy BMW obejmującego okres do końca czerwca 2026 r. BMW Motorrad zarobiło w pierwszym półroczu 230 mln euro na czysto – o 8,5 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym samym czasie zysk operacyjny pionu samochodowego runął o 45,6 proc. – z 3,63 mld do 1,97 mld euro. Spektakularne pikowanie, milordzie.

Gdy spojrzymy na proporcje, robi się jeszcze ciekawiej. Marża operacyjna motocykli urosła z 12 do 13,5 proc. W samym drugim kwartale jednoślady dobiły do 15,2 proc., podczas gdy auta wykręciły nędzne 2,3 proc. Czyli dział, który dowozi ledwie trzy procent przychodu całej motoryzacyjnej machiny, kręci marżę prawie siedem razy wyższą niż flagowe cztery kółka.

Jak zarabiać więcej, sprzedając mniej

BMW Motorrad dostarczyło w pół roku 102 847 motocykli – o 2,9 proc. mniej niż rok wcześniej. Przychód spadł o 3,3 proc. Na papierze odwrót, a w rzeczywistości świetne półrocze pod względem marży. Jak to możliwe? Otóż wystarczy ściąć koszty własne sprzedaży (o prawie pięć procent) i wydatki na administrację (ze 128 do 120 mln euro).

I voilà! Nie trzeba było sprzedawać więcej. Wystarczyło po prostu przestać przepalać pieniądze.

To jest ta nudna cnota, o której nikt nie robi reelsów: dyscyplina kosztowa. Motorrad nie musiał zalewać rynku tańszymi maszynami ani rzucać rabatów jak konfetti. Wystarczyło wyeliminować to, co nie jest niezbędne. W świecie, w którym wszyscy gonią za wolumenem jak pies za rowerzystą, to niemal ekscentryzm.

Auta walczą na czterech frontach naraz

Po drugiej stronie kwitnie klęska odwrotnego urodzaju. 1 156 727 dostarczonych w pierwszym półroczu 2026 aut to spadek o 4,2 proc. Sprzedaż w Chinach zanurkowała o 30,2 proc. w samym drugim kwartale, a to rynek, na którym BMW ma sporo do stracenia. Do tego cła, które ścięły marżę segmentu o jakieś 1,25 punktu, i amortyzacja związana z chińską spółką (kolejne 1,2 punktu). Cztery fronty, jeden zmęczony generał.

Całościowo w pionie samochodowym musi być chyba krucho, skoro BMW dogadało się z Marvelem, żeby wcisnąć się do nowego Spidermana. A teraz – według doniesień – wyświetla kierowcom reklamy filmu na desce rozdzielczej. „Specjalna niespodzianka dla fanów”? No jasne.

Motocykle grają w zupełnie innej lidze: mniejszy, bardziej przewidywalny rynek, skromne potrzeby kapitałowe i asortyment, który nie wisi na jednym kraju. Na drodze kierowca auta i motocyklista wciąż toczą swoją odwieczną wojnę plemion, ale w księgowości to jednoślady przejęły prym.

Co z tego wynika dla klienta w salonie?

Zdrowy dział to taki, który sam się utrzyma i nie musi rozglądać się po firmowych korytarzach za wsparciem. Ta finansowa stabilność oznacza jedno: pieniądze są i nie znikną w czarnej dziurze samochodowego bilansu. Rozwój platformy R 1300 GS, dalszy ciąg linii S 1000 RR i cały świeży, indyjskiej produkcji segment średni z F 450 GS nie muszą dokładać się do produkowania pojazdów elektrycznych.

Z elektrykami Motorrad też działa ostrożnie. Zamiast na siłę elektryfikować całą gamę, dłubie przy miejskich zabawkach typu CE02 i konceptach pokroju Vision CE. W razie porażki jest zdecydowanie mniej do stracenia. Auta muszą finansować gigantyczną transformację elektryczną, podczas gdy motocykle po prostu dowożą kasę.

Dział z porządną marżą, kontrolą kosztów i rozsądkiem operacyjnym ma mniej powodów, żeby windować ceny w kosmos tylko po to, by domknąć bilans. Teoretycznie. Bo cenniki premium mają własną grawitację.

Lekcja dla innych

Dla kontrastu warto spojrzeć na sąsiada z Austrii. KTM, który przez lata był branżową przypowieścią o tym, jak nie prowadzić firmy, sprzedał w drugim kwartale 48 672 motocykle marek KTM, Husqvarna i GasGas poza Indiami. Dało to wzrost o zawrotne 71 proc. Czar jednak pryska, gdy przypomnimy sobie, że rok wcześniej austriacka produkcja stała, dopóki Bajaj nie wykupił firmy z konkretnych tarapatów. Zeszłoroczny punkt odniesienia leży więc na podłodze.

I tu widać różnicę filozofii. KTM goni wolumen i odbudowuje się po zapaści. BMW gra w gustowną, spokojną grę marży. 13,5 proc. w pół roku to naprawdę porządny wynik dla producenta motocykli, zwłaszcza osiągnięty na niższej sprzedaży. Bawarczyk nie musi się tłuc o każdą sztukę, bo bierze pieniądze jakością, a nie ilością.

BMW Motorrad

Na koniec kubeł zimnej wody, i to od samego BMW. Grupa prognozuje na cały rok marżę motocyklową w przedziale 4–6 proc., czyli grubo poniżej półrocznych 13,5 proc. Zarząd asekuruje się na drugie półrocze i studzi rozgrzane głowy. Co jest tylko kolejnym dowodem na to, że w biurach Motorrad właściwe osoby trafiły na właściwe stanowiska.

Wszystko to dobitnie pokazuje, że jeśli pion działa jak należy, robi to bez fajerwerków i bez proszenia o litość. Nawet w obliczu mnożącej się przez pączkowanie konkurencji z Chin.

Mniej sztuk, lepsza marża i spokój, o jakim samochodowa strona firmy może dziś tylko pomarzyć. Czasem najlepszą strategią jest po prostu przejrzeć, gdzie pieniądze wyciekały na głupoty, i wyczyścić Excela.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.