Apteczka jednak obowiązkowa. Ale to nie tak jak myślisz
Rząd przywraca apteczki do osobówek po 23 latach, ale przepis skroił tak, że obowiązek nie obejmie wszystkich. Witamy w Polsce, gdzie nikt się w cyrku nie śmieje.

Polska to dziwny kraj. Piszemy ustawę wprowadzającą obowiązek, a jednocześnie zwalniamy z niego prawie wszystkich, których teoretycznie miałaby dotyczyć. Tak w jednym zdaniu można opisać najnowszy pomysł Ministerstwa Infrastruktury. Resort opublikował projekt nowelizacji rozporządzenia o warunkach technicznych pojazdów i ogłosił, że apteczka doraźnej pomocy wraca na listę obowiązkowego wyposażenia samochodu osobowego. Czyli od teraz trzeba ją będzie wozić w każdym aucie? No tak. Tylko że nie.
Sztuka dla sztuki
W tym samym paragrafie dodano zapis, który wywraca cały pomysł do góry nogami. Nowy obowiązek ma bowiem dotyczyć wyłącznie aut zarejestrowanych po raz pierwszy po 31 marca 2027 roku. Innymi słowy: jeżeli auto już jeździ po polskich drogach, przepis go nie widzi. Miliony kierowców mogą spać spokojnie, a apteczka pozostaje co najwyżej dowodem na zdrowy rozsądek albo jego brak.
Dlaczego? Odpowiedź jest w uzasadnieniu i jest rozbrajająca. Otóż zdaniem resortu doposażenie milionów już jeżdżących pojazdów byłoby dla ich właścicieli „nadmiernym obciążeniem”. Chodzi o wydatek, który – według rządowych wyliczeń – wynosi średnio 75 złotych.
Tak, państwo uznało, że równowartość mniej więcej jednego tankowania, dwóch płynów do spryskiwaczy albo zestawu budżetowych wycieraczek to zbyt ciężki krzyż dla obywatela. W czasach, gdy kwoty mandatów tyją co kilka miesięcy, jakby były na diecie fastfoodowej.
Umizgi w stronę kierowców
Najlepsze jest to, że rząd sam sobie przeczy. W jednym akapicie tłumaczy, że apteczka mogłaby być uznana za nadmierne obciążenie, a kilka linijek dalej z dumą przyznaje, iż coraz więcej kierowców i tak wozi ją z własnej woli, bo wzrosła świadomość i szkoli się z pierwszej pomocy już na kursie prawa jazdy. Skoro ludzie sami z siebie kupują apteczki, to gdzie tu nadmierne obciążenie?
Trudno o lepszy przykład urzędniczego fikoła – jednym zdaniem chwalimy odpowiedzialnych kierowców, bo sami z siebie wydają pieniądze na apteczki, a drugim przekonujemy, że pięćdziesiąt złotych mogłoby ich zrujnować.
Skala tej rewolucji też robi wrażenie – w tym sensie, że jej nie ma. Ministerstwo szacuje, że wymóg obejmie około 650 tysięcy nowo rejestrowanych aut rocznie, a łączny koszt doposażenia rynku to jakieś 49 milionów złotych rozłożone na lata. Zamiast jednego cięcia mamy więc wymianę pokoleniową – apteczki wjadą do Polski jedno nowe auto po drugim, mniej więcej w tempie, w jakim stare graty będą trafiać na złom.
Co będzie apteczką?
Jest jeszcze jeden smaczek – mój ulubiony. Resort wprowadza obowiązek posiadania apteczki, ale nie mówi ani słowa o tym, co w tej apteczce ma się znajdować. Żadnej krajowej normy, żadnej listy. Teoretycznie wymóg spełni więc dowolne pudełko z napisem „apteczka”, choćby świeciło pustkami. Ministerstwo macha ręką i stwierdza, że przecież większość zestawów w sklepach i tak trzyma się normy DIN 13164. Czyli standardu nie ustalamy i liczymy, że Niemcy zrobili to za nas. Klasyka.
Warto dodać, że to nie jest żadna nowość, tylko powrót do przeszłości. Apteczka była w polskich autach obowiązkowa przez dekady i wypadła z listy dopiero 1 lutego 2003 roku. Przez 23 lata kierowcy cieszyli się świętym prawem do jazdy bez bandaża. Dla porządku przypomnę, że dziś w prywatnej osobówce obowiązkowe są tylko dwie rzeczy: gaśnica i trójkąt ostrzegawczy, a za ich brak grozi mandat nawet do 500 złotych.

Przy okazji tej samej nowelizacji resort dorzucił parę innych zmian, w tym kolejne dokręcenie śruby użytkownikom hulajnóg elektrycznych. Konstrukcja hulajnogi ma uniemożliwiać przekroczenie 20 km/h, co akurat pasuje do wieloletniej tendencji, w której ten środek transportu traktuje się jak zagrożenie publiczne z kierownicą. Ale to temat na osobną awanturę.
Co się jeszcze zmieni?
Projekt jest na etapie konsultacji społecznych i opiniowania. Można zatem zakładać, że zostanie poprawiony i urealniony. Bo na razie mówimy o obowiązku-widmie. Przepis brzmi dumnie w nagłówku, a w praktyce przez najbliższą dekadę nie dotknie prawie nikogo.
Idea jest słuszna – apteczka w aucie potrafi uratować życie, zanim dojedzie karetka, zwłaszcza gdzieś w polu, daleko od cywilizacji. Szkoda tylko, że zamiast odważnej decyzji dostaliśmy wydmuszkę. Rząd boi się gniewu kierowcy-wyborcy, który nie chce wydać pięćdziesięciu złotych na własne bezpieczeństwo. A jednocześnie z tygodnia na tydzień uruchamia po paręnaście nowych fotoradarów. Jakby to było bezpieczeństwo i koszty zupełnie innego wyborcy.
Bo przecież nie chodzi o to, że apteczka jest zła, tylko o to, że rząd bardziej bał się łatki, że oto dokłada milionom Polaków nowe „obciążenie”. Wygląda na to, że potencjalny argument kampanijny waży więcej niż kwestia bezpieczeństwa.
Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.