10 lat z Alfą Romeo 159. Te 3 rzeczy nie dają mi spokoju
Ponad dekada jazdy jednym autem może sprawić, że na część problemów przestajemy zwracać uwagę i uznajemy, że "ten typ tak ma". W Alfie Romeo 159 są jednak trzy rzeczy, które nawet przez taki czas nie przestały mi przeszkadzać.

No dobrze, tak dokładniej to przez tych 10 lat były dwie Alfy 159, ale można uznać, że jakoś specjalnie to na całą historię nie wpływa. Nie wpływa też na fakt, że mimo postępującej wiekowości i całej konstrukcji, i mojego aktualnego egzemplarza, jestem zdecydowanie zadowolony.
Ot, ładne, względnie dobrze wyciszone, względnie przyjemnie jeżdżące auto, z coraz tańszymi częściami, których zresztą nie trzeba aż tak często wymieniać, jak co po niektórzy mogliby się obawiać.
Ale trzy rzeczy nie dają mi nieprzerwanie przez tych 10 lat spokoju.
Po pierwsze - to nie świeci. Naprawdę

Już naprawdę próbowałem prawie wszystkiego, żeby tym autem dało się naprawdę komfortowo jeździć po zmroku. Polerowałem reflektory, wymieniałem żarówki na najdroższe, najmocniejsze, najbardziej polecane, wymieniałem reflektory na fabrycznie nowe (i to oryginały).
Jeździłem po serwisach i sprawdzałem ustawienie świateł. Czyściłem je. W akcie desperacji testowałem nawet - w kontrolowanych warunkach - LED-owe zamienniki H7, które w innych krajach mają jako-taką homologację.
Wszystko na nic.
Prawda jest niestety taka, że te halogenowe reflektory w 159 - jakkolwiek piękne - są średnie, nawet jak na halogeny i nawet jak na tamte czasy. W porównaniu do współczesnych rozwiązań nie mają absolutnie najmniejszych szans - do tego stopnia, że właśnie chęć komfortowej jazdy po nocy jest dla mnie jednym z głównych argumentów za tym, żeby wyskoczyć z oszczędności i pożegnać się z Alfą.
Ba, pamiętam nawet mój smutek związany z jazdą testową Fabią poprzedniej generacji z opcjonalnymi statycznymi LED-ami. Tak, tam miałem wrażenie, że mogę sobie spokojnie jechać nocą. W 159 tego nie mam.
Jasne, na liście opcji, z których jeszcze nie skorzystałem, jest albo przekładka na ksenony - ale to raczej niepotrzebny koszt przy niewiadomym efekcie i dodatkowa rzeźba - albo przekroczenie granicy legalności, co umiarkowanie mnie interesuje.
Po drugie - to auto torpeduje moje plany zmiany auta

I nawet nie chodzi o to, że pochłania wszystkie oszczędności niezbędnymi naprawami - właściwie to nie robi tego w ogóle.
Problem ze 159 jest taki, że - nawet pomimo pewnych wad wizualnych - jestem w stanie ułożyć sobie w głowie plan, na co się przesiadam, pojechać z Alfą na myjnię, żeby przygotować ją do wystawienia na sprzedaż, po czym tak zerkam i dochodzę do wniosku, że w sumie to smutno się jej pozbywać, bo co ja ładniejszego znajdę.
Potem zaczyna się standardowa pętla - ok, skoro tak mi się podoba, to może czas na chipa, jakieś koła sensownych rozmiarów i będzie można jeszcze długo pojeździć. W końcu auto nie ma nawet na liczniku 200 tys. km, a 2.0 JTDm - z małymi zastrzeżeniami - raczej nie jest silnikiem, który wcześnie klęka przy robocie. W środku też tam coś może czasem wprawdzie trzeszczy i poskrzypuje, ale dałbym temu autu mniej niż sugeruje jego karta pojazdu (15 lat).
A potem próbuję tym spokojnie gdzieś pojechać po nocy i zaczyna się zabawa w szukanie następcy na nowo. Tyle tylko, że znaleźć coś, co będzie mi się podobało chociaż na zbliżonym poziomie - oj, nie jest łatwo.
Po trzecie - to nie jest auto do wożenia czegokolwiek

Tzn. można nim wozić ludzi - ale najlepiej, żeby to była dwójka osób z przodu, a z tyłu nie daj borze, żeby usiadł ktoś zbyt wysoki, bo będzie cię kopał kolanem nie tyle w plecy, co w łokieć ułożony na podłokietniku.
Można nim też wozić rowery, ale raczej przy założeniu, że trafią na dach albo bagażnik na haku, bo w przeciwnym razie dużo łatwiej będzie się zapakować do mikroskopijnej w porównaniu do 159 Hondy Jazz.
Można nim też wozić psa, ale przy założeniu, że wozimy go luzem w bagażniku albo złożymy klatkę na psa bezpośrednio w tym bagażniku, bo złożonej do środka nie włożymy.
Tym, czego za to absolutnie w 159 wozić nie wolno, to... coś do picia. Przez dekadę jazdy 159 nie jestem w stanie zrozumieć, jaki cel przyświecał inżynierom, którzy zaprojektowali uchwyt na kubek w postaci miniaturowego wgłębienia w plastiku tunelu środkowego.
W czasach "niskich" puszek coli jakoś to jeszcze dawało radę - o ile nie jechało się przesadnie dynamicznie albo najlepiej nie jechało się w ogóle - ale przy obecnych kształtach puszek czy kubków to to fabryczne rozwiązanie jest raczej igraniem z zalaniem wszystkiego słodkimi napojami czy kawą.
A nie, przepraszam, taki domowy kubek na kawę na wynos w to miejsce się po prostu nie mieści. O drugim nie wspominając.
Ale żeby nie było - jest też po tych 10 latach sporo rzeczy, które dalej niezmiennie cieszą
O nich jednak - następnym razem.
Redaktor prowadzący Spider’s Web i autor tekstów na Autoblogu. Od 2008 r. nieprzerwanie publikujący w serwisach internetowych, a od ponad 10 lat na stałe związany z Grupą Spider’s Web. Regularnie pisze o tym, co go fascynuje - o smart domu, zegarkach sportowych, motoryzacji i… rowerach. Do tej pory napisał setki recenzji i - uwaga - większość sprzętów, które rekomendował, później sam sobie kupił.