REKLAMA

7500 zł za milczenie. Rząd wymyślił mandat, którego nie da się nie przyjąć

Ministerstwo Infrastruktury pokazało projekt tak zwanej ustawy fotoradarowej. Zignorowanie listu z CANARD ma wiązać się z sowitą opłatą administracyjną – nawet do 7500 zł. Bez punktów karnych i bez konieczności ustalania przez urząd, kto siedział za kierownicą.

7500 zł za milczenie. Rząd wymyślił mandat, którego nie da się nie przyjąć

Fotoradar w Polsce robi dziś zdjęcie co 20–30 sekund, a mandatem kończy się mniej więcej jedno na trzy. Reszta ląduje w koszu, bo właściciel nie odbiera listu, wskazuje fikcyjnego kierowcę albo czeka, aż sprawa się przedawni. Rząd popatrzył na tę arytmetykę i uznał, że trzeba coś z tym zrobić.

Do konsultacji publicznych trafił właśnie projekt firmowany przez resort infrastruktury. Sedno pomysłu wiceminister streścił już wcześniej: system kar z fotoradarów przejdzie na tryb administracyjny, a konsekwencje poniesie właściciel auta. I to jest cała rewolucja zamknięta w jednym zdaniu.

Dziś, gdy trafisz na fotoradar, dostajesz wezwanie do wskazania kierującego. Możesz się z tym obejść na kilka sposobów, w tym takich mało chwalebnych. Po nowemu GITD wyśle ci zawiadomienie, a ty masz trzydzieści dni, żeby przyjąć mandat, odmówić, udowodnić kradzież pojazdu albo wskazać kierowcę z jego podpisanym oświadczeniem. Jeżeli nie zrobisz nic, na głowę spadnie ci opłata administracyjna, której nie da się odmówić jak mandatu. I już.

Ile to kosztuje?

Zależy, jak mocno przycisnąłeś gaz. Drabinka zaczyna się od 1500 zł za przekroczenie do 30 km/h, przez 3000 zł, 4500 zł i 6000 zł, aż po 7500 zł powyżej 71 km/h. Przejazd na czerwonym to 3000 zł, a zignorowanie sygnalizacji na przejeździe kolejowym to 6000 zł. Autorzy projektu przekonują, że taka gradacja ma zapobiec nieproporcjonalnemu traktowaniu naruszeń o różnej wadze.

Tyle że taryfikator mandatów mówi co innego. Bo opłata administracyjna bywa przeszło trzy razy wyższa niż mandat za dokładnie to samo. Chcesz uniknąć punktów? Możesz milczeć. Tylko że wtedy państwo wystawi ci rachunek nawet na 7500 zł. A jeśli zapłacisz w ciągu trzydziestu dni, kwota zmniejszy się o 20 proc. – taki rabat za bycie grzecznym.

Osobny akapit należy się firmowym autom, bo tu projekt uderza w konkret. Leasingodawca i firma od najmu długoterminowego dostają obowiązek wpisania do ewidencji danych faktycznego użytkownika: kto, gdzie mieszka, na jaki okres wziął samochód. O każdej zmianie trzeba dać znać w ciągu czternastu dni. Dzięki temu zawiadomienie poleci prosto do kierowcy, a nie do działu flotowego, który dotąd pełnił rolę listonosza.

Rząd nie ukrywa, po co to wszystko

W oficjalnym uzasadnieniu padają liczby, od których cierpnie skóra. W 2024 roku fotoradary zarejestrowały prawie 1,2 mln naruszeń. Rok wcześniej, przy nieco mniejszej ich liczbie, niemal połowa spraw skończyła się niczym, bo sprawcy uniknęli odpowiedzialności. Do tego dochodzi rocznie około stu tysięcy wykroczeń popełnianych autami spoza Unii, wobec których państwo dziś rozkłada ręce.

Na te zagraniczne tablice też znalazł się bat. Powstanie centralny rejestr naruszeń, do którego trafią auta z zagranicy, a dla pojazdów spoza UE wpis ma być bezwarunkowy. Dostęp będą mieli policjanci, inspektorzy transportu, Straż Graniczna i Służba Celno-Skarbowa. Nie zapłacisz na miejscu, twoje auto może pojechać na płatny parking, a na granicy nie wjedziesz albo nie wyjedziesz, dopóki nie uregulujesz długu.

Jest w tym projekcie też fragment, który akurat wygląda na prezent dla kierowcy, choć to raczej porządki. Ustawa ma wreszcie jasno zapisać margines błędu pomiaru. Fotoradar zarejestruje wykroczenie dopiero po przekroczeniu limitu o więcej niż 10 km/h, a przy ustalaniu kary od wyniku odejmowane będzie 5 km/h na drogach krajowych i 6 km/h na autostradzie i ekspresówce.

Uczciwość w obie strony

Zanim jednak sięgniemy po widły, uczciwość każe spojrzeć na drugą stronę. Sam nie znoszę żółtych skrzynek jak każdy, kto jeździ, ale liczby są bezlitosne dla narracji o zdzierstwie. Badania pokazują, że odcinkowy pomiar potrafi ściąć liczbę wypadków o jakieś 30 proc., a tych najcięższych nawet o ponad połowę. Trudno z tym dyskutować.

odcinkowy pomiar

Tyle że skuteczność w ratowaniu życia to jedno, a konstrukcja kary to drugie. I tu mam szereg wątpliwości. Przeniesienie odpowiedzialności finansowej na właściciela, nawet gdy nie siedział za kółkiem, to wygodne dla urzędu skrócenie drogi. Właściciel ma sam dostarczyć podpis kierowcy, bo urząd nie chce już tego ustalać. Odwracamy więc ciężar dowodu i mówimy obywatelowi: udowodnij, że to nie ty, albo płać.

Samo wskazanie niekoniecznie kończy sprawę. Projekt wymaga bowiem odpowiedniego oświadczenia kierującego. Właściciel może więc powiedzieć, kto prowadził, ale jeśli wskazany kierujący nie odeśle wymaganego podpisanego oświadczenia, projekt nie przewiduje analogicznej sankcji po jego stronie. Rachunek może więc nadal trafić do posiadacza pojazdu.

Co więcej, słowo „administracyjna” też nie jest przypadkowe. Mandatu możesz nie przyjąć i wtedy sprawa idzie do sądu, gdzie to państwo musi udowodnić ci winę. Opłata administracyjna odwraca ten układ do góry nogami: dostajesz decyzję, od której owszem, wolno ci się odwołać i pójść do sądu administracyjnego, tyle że sama skarga zwykle nie wstrzymuje płatności. Najpierw płacisz, a potem miesiącami walczysz o swoje.

To nie jest kara za to, że udowodniono ci przewinienie, tylko za to, że nie udowodniłeś swojej niewinności. A różnica między jednym a drugim w państwie z konstytucyjnym domniemaniem niewinności jest zasadnicza.

Do tego dochodzi pytanie, które projekt zgrabnie omija: jeżeli dziś urzędnicy nie wyrabiają się z papierologią i dwie trzecie zdjęć z OPP nie kończy się mandatem, to nie dlatego, że kierowcy są nadzwyczaj sprytni, tylko dlatego, że brakuje rąk do pracy. Wyższa kara nie dołoży etatów. Zmieni tylko tyle, że ci nieliczni, których uda się złapać, zapłacą za całą resztę, która wywinęła się przez zator w urzędzie.

Nowe przepisy mają ruszyć 1 stycznia 2028 roku, a projekt Rada Ministrów chce przyjąć w trzecim kwartale tego roku. Do tego czasu wszystko może się jeszcze zmienić, bo to dopiero propozycja rzucona na stół konsultacji.

Kierunek jest jednak nadzwyczaj czytelny: państwo, które nie potrafi ustalić kierowcy, postanowiło ustalić płatnika. Tyle najwidoczniej wystarczy.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.