Pojechałem kilkaset kilometrów na zlot Zaporożców. Było wspaniale, ale nic nie słyszę
Polonez, srolonez. Zaporożec! Kurka wodna, suka blyat. W ostatni weekend czerwca pojechałem do Rygi na zlot chorych na umyśle ludzi, a sam nie byłem przy tym lepszy, bo udałem się tam kompletnie na pałę w ramach jednodniowej wycieczki.

Tego dnia w Rydze miało miejsce wydarzenie o nazwie ZAZ Meeting. Jak sama nazwa wskazuje, dotyczyło właścicieli wyśmienitych samochodów produkcji koncernu AvtoZAZ. A jak ZAZ, to głównie legendarny Zaporożec, który niewątpliwie był gwiazdą imprezy.
Niesprawiedliwie byłoby wszakże przypisywanie mu całego splendoru, bo samochodów przyjechało znacznie więcej - według organizatorów, było ich ponad setka, a dotarły z różnych państw, w tym nawet z Polski.



Impreza odbywała się na terenie toru wyścigowego Bikiernieki, na tyłach ryskiego Muzeum Motoryzacji. Muszę przyznać, że scenografia pasowała do wydarzenia idealnie, a i nawet przejechać dało się kawałek po wydzielonym fragmencie.
Najwięcej samochodów przyjechało z Łotwy, ale silną reprezentację miały też inne kraje Bałtyckie, a najdłuższą drogę pokonali Węgrzy
Pomijając na moment fakt, że ekipy z Łotwy miały po prostu najbliżej, to opadła mi szczęka, ile tego badziewia jest u nich na chodzie. W Polsce kojarzę raptem kilka sprawnych egzemplarzy, z czego osobiście znam właścicieli całych dwóch - tutaj było ich jakieś kilkadziesiąt.

Załogi z Litwy i Estonii miały do Rygi mniej więcej tak samo daleko, co ja z Warszawy do Katowic czy do Gdańska, ale drużyna z Węgier musiała pokonać trasę o długości ponad 1000 kilometrów. Zaporożcem. W upale ponad 30 stopni. Same zalety.

Oprócz Węgrów, co najmniej kilka załóg przyjechało na kołach terenów dawnej NRD, a jeden samochód dotarł również z Polski i był to jedyny pojazd na zlocie z kraju nad Wisłą.


Dominował model 968 i 968M, natomiast liczny był również zupełnie nieznany u nas ZAZ 965
Kiedy mówisz “Zaporożec”, myślisz o trójbryłowej limuzynie wyglądającej jak NSU Prinz - to modele 968 i 968M, które chociaż nigdy nie były w Polsce przesadnie popularne, to jednak są dość rozpoznawalne. Z dziennikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że ich bezpośrednim poprzednikiem był model 966, który wyglądał zasadniczo tak samo, tylko miał kilka starszych rozwiązań konstrukcyjnych.

Przodkiem wszystkich wyżej wymienionych był natomiast model 965, będący upośledzoną kopią Fiata 600. W mojej ocenie wóz ten ma zadatki na najgorszy projekt z krajów demokracji ludowej, ale o tym innym razem. Samochód ten w Polsce właściwie nie występował, a oprócz zapadłej Ukrainy ponad 20 lat temu, nie widziałem go w akcji nigdy i nigdzie wcześniej. Do Rygi przyjechało ich mnóstwo.


Ogólnie, jeżeli chodzi o stan utrzymania i stopień oryginalności, na imprezę przyjechało całe możliwe spektrum pojazdów. Były auta w stanie oryginalnym odpicowanym, oryginalnym spatynowanym, zmodyfikowanym odpicowanym i zmodyfikowanym spatynowanym - co kto woli, co kto lubi. Mnie najbardziej urzekł ogromny wachlarz kolorów nadwozia, gdzie praktycznie wszystkie były oryginalne - akurat na lakierni zabrakło czerwonego, to rozcieńczono go białym i gotowe. Kolor na końcu wyszedł trochę blady, ale kogo to interesuje?







ZAZ to nie tylko Zaporożec, a Zaporożec to nie tylko ZAZ
Zaczynając od pierwszej części zdania, oprócz Zaporożca najbardziej znanym przedstawicielem koncernu AvtoZAZ była kompaktowa Tavria. Na zlot do Rygi przyjechał cały jeden egzemplarz tego samochodu. Trochę szkoda, bo chociaż nie jest to auto nawet w 10% tak ciekawe, jak jego poprzednik, to wszystko wyglądało tak, jakby świat o nim po prostu zapomniał.




Co do drugiej części zdania, na podzespołach Zaporożca w Łucku budowano niewielkie pojazdy terenowe marki ŁuAZ. W Rydze można było spotkać kilka egzemplarzy dwóch modeli tych pojazdów: ŁuAZ 967 oraz ŁuAZ 969M, lub jego późniejsza wersja 1301/1302. Niestety, nie znam się, więc trudno mi jednoznacznie stwierdzić, który konkretnie model uwieczniłem na zdjęciu. Ciekawostką jest, że ten ostatni powstawał przez bardzo krótki czas w Polsce i sprzedawany był pod nazwą Wilk.

Oprócz statycznego zlotu, organizowanych było kilka konkurencji, w tym również sprawnościowych
Najbardziej rozczuliła mnie konkurencja pchania samochodu na określonym dystansie - było to zadanie niezwykle realistyczne, a większość użytkowników Zaporożców ma je pewnie opanowane do perfekcji. Tak to zresztą wyglądało w praktyce.



Ponadto, zlotowym zwyczajem, wybierano auta zlotu w kilku kategoriach, w oparciu m.in. o głosy publiczności. Ja wiem, że jako profesjonalny redaktor poważnego serwisu powinienem zadbać o to, aby wiedzieć, kto w której kategorii zwyciężył, ale akurat byłem w tym czasie zajęty upalaniem Zaporożca polskiej załogi na wydzielonej części toru - mam nadzieję, że rozumiecie. Priorytety.

Wydarzenie trwało kilka godzin, podczas których spędziłem czas na zagadywaniu przypadkowych ludzi o rożne bezsensowne rzeczy
Moja wiedza poszerzyła się o tyle kompletne bezużytecznych informacji, że jestem z siebie absolutnie dumny. Ale właśnie dlatego jeżdżę na takie imprezy - bo z normalnymi ludźmi się nie zadaję.
Świetnie się bawiłem, chociaż od łomotu “zaporoskich” silników V4 do dzisiaj szumi mi w uszach.

A po imprezie uczestniczyłem jeszcze w swoistym "after party", ponieważ mnóstwo aut po opuszczeniu terenu zlotu jeździło po Rydze i parkowało w całkowicie przypadkowych miejscach.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.