Te elektryczne samochody bronią placu jak Nemeczek. Aleście się rzucili
Jak wiele internetowych opowieści, bajka o tym, że Polacy rzucili się na samochody elektryczne, niespecjalnie przebywa na jednej planecie z rzeczywistością. Można od ręki kupić elektryczne auto i pojechać nim do domu.

Usłyszałem ostatnio wieści dość nietypowe dla naszego rynku. Głosiły one, że dealerzy nie mają już aut elektrycznych na placach, bo wszystko schodzi od razu. Ma to być rzekomo odzwierciedleniem wielkiego popytu spowodowanego wysokimi cenami paliwa. 2 zł na litrze w górę i podobno mamy od razu biec do salonu po auto na prąd, a w tym salonie mają czekać na nas puste place, bo inni dotarli przed nami. Otóż nie dotarli.
Może się tak zdarzyć
Pewnie są producenci i modele, które faktycznie cieszą się większą popularnością. Cieszą się nią także dlatego, że importerzy przygotowują oburzająco dobre oferty na użytkowanie samochodów elektrycznych. W obliczu braku rządowych dopłat, niektórzy importerzy oferują auta w zaskakująco dobrych miesięcznych ratach. Na nie faktycznie trzeba czekać, aż się wyprodukują.
Ale twierdzenie, że elektrycznych aut z placu nie ma, nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością widoczną w ogłoszeniach. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele z tych ogłoszeń jest od dawna nieaktualnych, a nikomu nie chce się ich zdejmować. To jest Polska, nie Europa. Tu nikt tak nie rzuca się na napęd elektryczny.
Najtańsze auta elektryczne dostępne od ręki
Najpierw szukałem najtańszych auta, takich, które pobudzą serca zatwardziałych spaliniarzy. Żeby aż żal było nie kupić elektryka, skoro jest tak tanio. Takie kryteria nie specjalnie mają sens, bo zawsze skończymy z Dacią Spring.

Tu odpowiedź jest prosta: jeśli chcesz kupić jakikolwiek samochód elektryczny, najlepiej jak najtaniej i od ręki, to Dacia Spring jest odpowiedzią. Może nie jest to odpowiedź na pytanie, czy tak powinien wyglądać samochód w 2026 roku, ale akurat na pytanie o tani samochód elektryczny dostępny od ręki - jest. Ceny startują od 66 tys. zł, a Springów w ogłoszeniach jest pełno.
Dacie i Leapmotory
Leapmotorów T03, droższych od Dacii, też jest sporo. Widocznie bez ofert typu „99 zł miesięcznie”, konstruowanych pod rządowe dopłaty, trochę trudniej sprzedawać to auto, równie słabo wpisujące się w definicję samochodu jak Spring. Tu trzeba wyłożyć ponad 72 tys. zł. Eksperci toczą ożywione dyskusje do białego rana, w którym z tych aut bardziej nie chcieliby siedzieć.

Pewnie zastanawiacie się, jakie auto jest trzecie na liście najtańszych elektrycznych wozidełek z placu, bo te dwa byliście w stanie odgadnąć sami. Jeśli pominiemy wynalazki bez oficjalnego przedstawicielstwa w Polsce, takie jak BAW Pony, do gry wchodzi BYD Dolphin Surf.
Tylko że w tym przypadku trzeba wyłożyć 88 tys. zł, co już wywołuje pewien dyskomfort przy wypowiadaniu słowa „tanio”. Powyżej tej kwoty chyba nie ma już sensu się bawić. Nikt nie wyda 90 czy 100 tys. zł, żeby zaoszczędzić na paliwie, gdy jesień jest trudna. To Dacia i Leapomotor są wyborem osób chcących kupić jak najtaniej.
W ogłoszeniach typu "dostępne od ręki" znajdziemy modele ze wszystkich segmentów. Są nawet Tesle, wręcz licznie reprezentowane, a sprzedającym takie pomysły jak Dongfeng Box podpowiem, że może przydałoby się obniżyć cenę.
Stoją na placu i nikt ich nie chce
Znacznie ciekawsze jest to, co stoi bardzo długo na placu i czego nikt nie chce. Oczywiście mamy tu wielki wysyp Dacii Spring, bo dlaczego nie. Bez trudu znajdziecie egzemplarz Springa wyprodukowany w 2025 roku.
Znajdziecie też auta z drugiego krańca ludzkich możliwości nabywczych. Roczne Porsche Taycany, Macany czy elektryczne Mercedesy klasy G też tu są, podobnie jak kilka innych drogich dziwadełek na prąd. Ale to przejrzymy sobie kiedy indziej.

Auto z 2025 roku, szczególnie elektryczne, w Polsce i w obliczu braku dopłat do zakupu, to jeszcze nie jest jakiś wielki szał. Postój na placu od 2024 roku — to dopiero musi być okazja. Ci legendarni Europejczycy, którzy zabijają się o samochody elektryczne, powinni przyjechać i wydrapać je nam z rąk.
Auta elektryczne, prawie wrosty
Znajdziemy też samochody elektryczne, które już drugi rok czekają na właściciela, a nawet trzeci. Mój faworyt to BAIC opisany jako „Inny”. Wyprodukowano go w 2023 roku i tak sobie czeka.
Jest to Chińczyk Chińczyk — takie auto nie występowało w europejskiej dystrybucji. Ma akumulator o pojemności 49,6 kWh, co w zasadzie może być odpowiedzią na jedyne pytanie, jakie zadałby zainteresowany, choć pewnie powinien zadać jeszcze kilka innych.

Samochód jest niezarejestrowany, co na pewno przysporzy właścicielowi wielu ciekawych przygód i kosztów. Nie wiem, czy sprzedawca zapomniał, że kiedyś wystawił to ogłoszenie, czy o co innego chodzi, ale za 94 900 zł tego auta nie sprzeda.
Jest to jednocześnie jedyne tak długo zimujące auto w cenie poniżej 100 tys. zł. Wśród elektrycznych aut z rocznika 2024 znajdziemy jeszcze Ople Grandland (od 160 tys. zł), a nawet Ioniqa 5, co trochę dziwi (178 500 zł).
Widocznie nie jest łatwo sprzedawać samochody w cenie Tesli, nie oferując niczego szczególnego w zamian za odstąpienie od pomysłu jej zakupu. Sprzedawca Hyundaia w akcie desperacji zaznaczył, że auto jest nowe, choć ma 8111 km przebiegu.

Są tu też dwuletnie MG4 w cenie powyżej 100 tys. zł, zupełnie jakby oferujący je nie wiedzieli, że MG4 da się kupić poniżej tej kwoty. Pewnie gdy idą przez swój salon, starają się nie patrzeć w stronę cenników.
To stoją czy nie stoją?
Na pewno nie jest tak, że możesz śmiało pójść po swoje wymarzone auto elektryczne, a ono na pewno będzie dostępne od ręki, czyli z placu. Wręcz na pewno daleko nam do takiej sytuacji, bo nigdy nie była to przesadnie częsta opcja. Co nie znaczy, że auta elektryczne wykupiono i jesteśmy skazani wyłącznie na zamawianie do produkcji.
Osoba, która chce kupić po prostu auto elektryczne i żadne cechy pojazdu jej nie obchodzą, bez problemu znajdzie je na dealerskim placu. Tylko pytanie, czy taka osoba istnieje.
Grafika główna przygotowana z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.