REKLAMA

Średnia prędkość na odcinku? Twój telefon to wie, twoje auto raczej nie

Odcinkowy pomiar liczy średnią z całej trasy, więc warto ją widzieć na bieżąco. Pokazuje ją Yanosik, kilka innych aplikacji, a od niedawna także część aut. W dzisiejszych czasach to bezcenne.

Średnia prędkość na odcinku? Twój telefon to wie, twoje auto raczej nie
REKLAMA

Idea odcinkowego pomiaru prędkości jest brutalnie prosta. Pierwsza bramownica zapisuje, kiedy wjechałeś, druga – kiedy wyjechałeś, a komputer dzieli dystans przez czas. Jeśli wyszło więcej niż wolno, mandat przychodzi pocztą. Hamowanie tuż przed kamerą nie działa, bo liczy się cała trasa, a nie jeden punkt.

Problem w tym, że człowiek nie ma w głowie kalkulatora. Wiesz, ile pokazuje prędkościomierz teraz, ale nie masz pojęcia, jaka wyszła ci średnia od pierwszej bramownicy. A to właśnie ona decyduje o mandacie.

Czy to w ogóle legalne?

Tu warto na moment zatrzymać się przy pewnym prawniczym zgrzycie. Kodeks wykroczeń w artykule 4 mówi, że wykroczenie popełnia się tam, gdzie sprawca działał albo gdzie nastąpił skutek – a punkt na mapie da się wskazać palcem. Tymczasem pomiar średniej z definicji nie wskazuje miejsca: wiadomo tylko, że gdzieś na kilku kilometrach jechałeś za szybko. Stąd powtarzany przez krytyków zarzut, że w polskim prawie nie istnieje wykroczenie polegające na przekroczeniu średniej prędkości na odcinku, a system opiera się na artykule 129h Prawa o ruchu drogowym i wydanych do niego rozporządzeniach.

W praktyce jednak ten argument nie działa. Sądy w przeważającej większości odwołań od takich mandatów stwierdzają legalność kar z odcinka, a żadnego pomiaru jako takiego nie uznano za nielegalny. Co innego szczegóły wykonania: kontrola NIK wytknęła Inspekcji Transportu Drogowego masowe przedawnienia spraw, a w osobnym raporcie – wadliwą legalizację części urządzeń, przez którą na kilku odcinkach mandaty wystawiano na wątpliwej podstawie. To zwykle ten drugi trop, a nie sama filozofia odcinka, bywa realnym punktem zaczepienia. Tak czy owak, OPP działają i – szczególnie ostatnimi czasy – przybywa ich jak grzybów po deszczu.

Trzeba sobie radzić

Stąd cała kategoria narzędzi, które tę liczbę podają za ciebie. Najbardziej znany jest oczywiście Yanosik. Aplikacja ostrzega przed odcinkiem, a na mapie, w miejscu żółtego banera z pozostałą długością pomiaru, wyświetla też twoją bieżącą średnią. Jedziesz przepisowo – komunikat robi się zielony i dorzuca uśmiechniętą buźkę. Przekraczasz – kolor się zmienia i buźka przestaje się cieszyć (tak jak pewnie twoja). Działa to automatycznie, bez klikania: wystarczy, że aplikacja jest włączona, a ty wjedziesz na odcinek.

Yanosik nie jest jednak sam. Średnią prędkość albo przynajmniej ostrzeżenie o odcinku oferują również NaviExpert, niemiecki CamSam oraz Radarbot, a o samych pomiarach informują też AutoMapa, Rysiek i nawigacja TomTom. Część z nich jest darmowa, za część trzeba zapłacić – jednorazowo albo w formie abonamentu. Wspólny mianownik jest taki: po wjeździe na odcinek aplikacja sama zaczyna liczyć.

A co z naszymi „inteligentnymi” autami?

Najlepiej udokumentowana jest Tesla. W instrukcji Modelu 3 producent opisuje funkcję wprost: podczas jazdy przez strefę pomiaru średniego auto wyświetla twoją średnią prędkość pod wykrytym ograniczeniem, a obok – dystans, jaki został do końca strefy. Brzmi idealnie, ale jest haczyk. Funkcja wymaga abonamentu Premium Connectivity i włączonego trybu Online Routing w ustawieniach nawigacji. Innymi słowy: auto liczy automatycznie, ale najpierw musisz spełnić dwa warunki, w tym jeden płatny.

Drugi przypadek to Kia i Hyundai. Tu sprawa jest mniej oczywista, bo fabryczny asystent ograniczeń prędkości, czyli ISLA, oficjalnie odczytuje znaki i dane z nawigacji wyłącznie po to, by pokazać aktualny limit – o średniej nie ma w nim słowa. Mimo to kierowcy tych marek raportują, że na ekranie nawigacji, obok okrągłej ikony z limitem, pojawia się druga, kwadratowa, ze średnią prędkością od wjazdu na odcinek – i że liczba ta rośnie i maleje razem z tempem jazdy. Co ciekawe, część kierowców np. IONIQ 5 zauważyła tę funkcję dopiero po aktualizacji oprogramowania OTA, co tłumaczyłoby, czemu w starszych egzemplarzach tych samych modeli jej nie widać.

Wskazówka co do źródła jest tu istotna: zarówno Kia, jak i Hyundai korzystają z map TomTom, więc funkcja zdaje się opierać na danych mapowych, a nie z samego asystenta. Nie jest to coś, co trzeba włączać – pojawia się samo, o ile auto ma odpowiednią nawigację.

Tu uwaga, która oszczędzi domysłów i rozczarowań: to, że auto pokazuje na desce znak z aktualnym ograniczeniem, jeszcze nie znaczy, że liczy średnią. Wyświetlanie limitu to dziś niemal standard, bo od 2022 roku nowe auta w Unii muszą mieć system Intelligent Speed Assistance (ISA). BMW, Mercedes, Peugeot, Renault czy Toyota podają więc obowiązujący limit i ostrzegają przed jego przekroczeniem, ale na samym pomiarze odcinkowym nie wyręczą cię z liczenia średniej. To wciąż domena nielicznych, a nie rynkowa norma.

Jak więc sprawdzić swoją średnią? Najprościej i najpewniej: aplikacją w telefonie, bo tu funkcja jest dojrzała, darmowa w podstawie i działa niezależnie od marki auta. Jeśli jeździsz Teslą z aktywnym abonamentem albo nowszą Kią lub Hyundaiem z fabryczną nawigacją, sprawdź deskę rozdzielczą przy najbliższym odcinku – być może liczba już tam jest, tylko nie zwróciłeś na nią uwagi.

Bo najlepszy sposób na mandat pozostaje ten sam, odkąd wymyślono odcinkowy pomiar prędkości – po prostu jej nie przekraczać. Reszta to tylko liczniki, które przypominają o tej oczywistości.

Paweł Staromłyński
Redaktor

Z wykształcenia i zamiłowania językoznawca i kulturoznawca, z pasji motocyklista szosowy i błotny. Przez blisko 20 lat pracował nad tłumaczeniami i lokalizacją treści dla największych firm z szerokiego wachlarza branż, na czele z automotive. Na koncie ma współpracę m.in. ze Światem Motocykli, jako autor i korektor. Fan motoryzacyjnej Japonii, chociaż prywatnie maltretuje swojego ukochanego Citroena C2 VTS (nie sprzeda, będzie robił). Z poczucia misji wspomaga organizacje pozarządowe w walce z dezinformacją.