REKLAMA

Samochodem na Olimp. Jak zrobić to szybko, męcząco i tanio

Zdobywanie Olimpu jest obecnie bardzo popularne, ale z wykorzystaniem innego środka transportu niż samochód chyba nie ma większego sensu, szczególnie gdy chcemy zamknąć całą wyprawę w jeden weekend. To może pomogę w jej motoryzacyjnym aspekcie.

Samochodem na Olimp. Jak zrobić to szybko, męcząco i tanio

Olimp zdobywa wielu Polaków, którzy jakoś muszą się dostać na ten masyw górski. Tu z pomocą przychodzi motoryzacja. Na podstawie własnych doświadczeń podpowiem, jak dostać się na Olimp i czy powinniśmy się bać greckiego ruchu samochodowego. To nie jest wpis turystyczny, tylko samochodowy.

Nie jest to wyprawa, która wymaga szczegółowego poradnika, ale istnieje tyle mitów i obaw związanych z jeżdżeniem samochodem po Grecji, że może warto napisać, iż nie ma się czego bać, i podpowiedzieć, jak ułatwić sobie życie.

Szybka górska wyprawa oparta na samochodzie

Od razu powiem, że nie wiem, czy istnieją inne możliwości dotarcia pod Olimp bez korzystania z samochodu. Może są i okazują się niezwykle atrakcyjne, ale trochę w to wątpię. Poza tym wyprawę na Olimp można skompresować do jednego weekendu i zapewne tak czyni wielu podróżnych. A jeśli komuś zależy na czasie, to raczej wybierze samochód.

Wejście na Olimp da się opędzlować w dwa dni, łącznie z podróżą. Nie będzie to łatwe ani przyjemne, ale jest wykonalne. Da się zrealizować następujący plan:

  • poranny wylot do Salonik,
  • wypożyczenie samochodu,
  • przejazd na parking w Prionii,
  • wejście do schroniska,
  • nocleg,
  • wejście na szczyty następnego dnia,
  • zejście na parking,
  • powrót na lotnisko.

Nie będzie tu miejsca na relaks, pojawi się presja czasu, a samochód jest w tym planie niezbędny. Nie jest to wpis turystyczny i nie radzę, jak wejść na Olimp. Mówię, jak i czym tam dojechać.

Wypożyczenie auta

Na początek musimy wypożyczyć samochód. To jest Grecja, jeden z biedniejszych krajów UE. Mimo że turystyka odgrywa tu dużą rolę, stawki za wypożyczenie auta nie będą wygórowane.

Lepiej zarezerwować samochód wcześniej, choć oczywiście można to zrobić dopiero na lotnisku. Działają tu również znane nam rozwiązania polegające na odbieraniu podróżnych z lotniska i dowożeniu ich do wypożyczalni, które nie mają swoich stanowisk przy wyjściu z terminala.

Grecką specyfiką wypożyczania aut jest to, że najczęściej oddajemy je z takim samym poziomem paliwa, z jakim je odebraliśmy. Oczywiście najwygodniej jest odebrać samochód zatankowany do pełna, ale nie mamy na to wpływu. Trzeba o tym pamiętać i uwzględnić czas potrzebny na zatankowanie auta przed jego zwrotem.

Tankowanie w Grecji

Ten kraj, a przynajmniej ta jego część, nie jest najeżony stacjami paliw stojącymi wzdłuż głównych dróg. Przez wiele kilometrów możemy nie zobaczyć żadnej stacji, a zatankowanie samochodu może wymagać zjazdu z autostrady.

Nie jest to jednak problem, bo pod Olimp i z powrotem obrócimy na jednym tankowaniu, a w zbiorniku pozostanie jeszcze sporo litrów paliwa. Mimo to i tak będziemy musieli zatankować auto przed jego zwrotem.

W Grecji zazwyczaj nie tankuje się samochodu samodzielnie. Zostanie on zatankowany przez pracownika stacji, a płatności możemy dokonać przy dystrybutorze. Nie należy się dziwić, że ktoś będzie w międzyczasie mył nam przednią szybę. Nie jest to natomiast model „włoski” – ta czynność nie służy wyciągnięciu od nas pseudonapiwku.

Ceny paliwa są wyższe niż w Polsce, ale nie przepalimy tak wielu litrów, żeby jakoś szczególnie się tym przejmować.

Kontrowersyjna obwodnica

Którędy jechać na Olimp? Takie pytanie może się pojawić, choć pozornie wydaje się nieuzasadnione. Przecież włącza się mapy wiadomej firmy w telefonie i pozwala im prowadzić. Nie do końca należy im jednak ufać.

Pomijając to, że działają w tym kraju dość słabo, nie pokazują wszystkich punktów POI, a mój telefon często zbyt długo myślał i gubił pozycję, warto posłuchać rad mieszkańców. Może się bowiem zdarzyć, że doradzą trasę alternatywną.

Nawigacja zasugeruje nam przejazd obwodnicą, ale niekoniecznie musi to być bezpieczna opcja. Obecnie – spójrzcie na datę publikacji tekstu – obwodnica jest przebudowywana, a zagrożenie polega na tym, że potrafią spontanicznie tworzyć się na niej korki. Sam widziałem jeden, wielokilometrowy, i bardzo się cieszyłem, że jechałem w przeciwnym kierunku. Taki korek może zrujnować precyzyjny plan godzinowy wejścia na szczyt.

Saloniki są brzydkie

Cieszyłem się również dlatego, że alternatywą dla obwodnicy jest przejazd przez Saloniki. Jest to dość brzydkie miasto. Może zyskałoby, gdyby ktoś je umył, ale raczej nikt nie wpadł tam na taki pomysł. W jednym miejscu wygląda na nieco przewymiarowane, by już w następnym przejazd zmienił się w wąską alejkę. Jeśli ktoś lubi obserwować miasta zza samochodowej szyby, będzie zadowolony.

Możemy tam napotkać policjanta kierującego ruchem z powodu korków. To taki powiew starego, dobrego ręcznego sterowania. W ogóle większość tego regionu wygląda, jakby komunizm został pokonany przez anarchizm. Dlatego polecam przejazd przez środek miasta, żeby nacieszyć się tą brzydotą. Dodatkowo z zakorkowanej obwodnicy nie ma ucieczki, a w mieście zawsze da się ewentualny korek jakoś objechać.

Przejazd przez miasto jest wspaniałym doświadczeniem i warto go sobie zafundować bez lęku przed tym mitycznym, strasznym ruchem ulicznym.

To nie jest przedsionek piekieł

Ciągle spotykam ludzi, którzy mówią, że nigdy nie pojechaliby samochodem do Warszawy. Na tamtejszych drogach mają dziać się jakieś sceny dantejskie, ma istnieć jakiś bliżej nieokreślony ruch, w którym przyzwoity człowiek się nie odnajdzie.

Uważam, że tego typu sądy to przesądy. Podobnie jest z ruchem ulicznym w Grecji. Jest trochę inaczej niż u nas, ale bez przesady. Tamtejszy ruch uliczny nie jest jakimś nieujarzmionym chaosem, nie wymaga oddzielnego prawa jazdy ani nadzwyczajnych umiejętności.

Wystarczy pamiętać, że w trudnej sytuacji drogowej można po prostu zwolnić, zatrzymać się, ogarnąć i ruszyć dalej. Sygnał dźwiękowy nikogo nie zabił. Zresztą w niektórych krajach to bardziej sposób komunikowania się niż kara za zrobienie czegoś niewybaczalnego na drodze.

Może nas zaskoczyć to, że kierowcy bardziej biorą sobie miejsce na sąsiednim pasie ruchu, niż o nie proszą. Robią to w sposób stanowczy, ale jednak dość rozsądny. Nawet kierowcy jednośladów potrafią wystawić łokieć na nasz pas ruchu. Jest to dla nas znak, że powinniśmy zrobić im miejsce choćby na sekundę, żeby mogli ominąć inny pojazd.

Nie powinny nas też dziwić pojazdy zaparkowane na skrajnym prawym pasie mimo zakazu. Tu często trzeba coś omijać lub wyprzedzać. Może się zdarzyć, że będziemy zmieniać pas, żeby kogoś ominąć, jednocześnie uważając na kierowcę skutera nadjeżdżającego z tyłu, a w tym samym czasie ktoś stanowczo zamelduje się tuż przed nami.

Przyznaję, że jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do takiej liczby rzeczy do ogarnięcia, faktycznie może sądzić, że to jakieś szaleństwo. Tak nie jest – ten ruch ma swoją logikę. Da się przejechać przez Saloniki bezpiecznie i nawet warto to zrobić. Można zobaczyć na przykład dystrybutory paliwa stojące na chodniku, a nie na terenie stacji benzynowej. Potem czeka nas autostrada.

Autostrada to stary raj

Polska rzeczywistość autostradowa to zbyt szybko jadące samochody służbowe, często przeganiające inne auta z lewego pasa ruchu, duży ruch, wręcz tłok, dobra nawierzchnia i wysokie prędkości.

Grecka rzeczywistość autostradowa tak nie wygląda. To bardzo mały ruch, niewielkie prędkości, często słaba nawierzchnia i stare samochody. Dlatego jeździ się tu niezwykle kulturalnie. Nikt nikogo specjalnie nie pogania, bo nie ma czym.

Ograniczenia prędkości czasami są trudne do odgadnięcia, nie bardzo też się nimi przejmują, ale nie stanowi to większego problemu, bo prawie nikt nie jeździ tu z maksymalną dozwoloną prędkością na autostradzie. Wy też nie będziecie, ale o tym za chwilę.

To, co zobaczymy po drodze, przypomina skrzyżowanie Związku Radzieckiego z krajobrazem postapokaliptycznym. Dużo otwartej przestrzeni, wysuszona roślinność, rozwalone i opuszczone budynki – brakuje tylko Mad Maxa w gaciach, goniącego nas na motocyklu.

Droga na parking pod Olimpem

Większość drogi na Olimp pokonamy autostradą albo czymś, co ją przypomina, bo czasami trudno odgadnąć status drogi. Cały przejazd na parking nie powinien nam zająć więcej niż dwie godziny. Na końcu siłą rzeczy musimy opuścić autostradowe klimaty.

Koszt przejazdu w jedną stronę nie przekroczy kilku euro, więc nie ma sensu ustawiać opcji „unikaj dróg płatnych”. Płaci się na bramkach ustawionych w ciągu drogi – człowiekowi albo w automacie. Zawsze dostępna jest opcja płatności kartą.

Ostatni odcinek to przejazd dość krętą drogą górską. Stan nawierzchni jest w większości poprawny, choć zdarzają się bezpieczne fragmenty, które wyglądają tak, jakby asfalt gdzieś sobie popłynął.

Napotkamy zakręty pod kątem prostym, jest też trochę mozolnego wspinania się pod górę. Są również fragmenty, na których bardzo nie chcielibyśmy opuścić jezdni – w końcu to wysokie góry. Nie jest to jednak traumatyczna droga, na której przez cały czas za bocznym oknem auta widzielibyśmy przepaść.

Przy spokojnej jeździe nie mamy się czego obawiać, nawet gdy spadnie deszcz. Rozsądnemu kierowcy nie grozi ugotowanie hamulców ani silnika. To nie jest aż tak długi odcinek, żeby szczególnie się go obawiać.

Parking pod Olimpem

Najpopularniejszy parking znajduje się w Prionii i to on powinien nam się wyświetlić po wpisaniu w nawigacji hasła „parking Olimp”. Parking jest bezpłatny, ale niezbyt duży.

Większość pojazdów parkuje wzdłuż drogi dojazdowej, na której tylko kilka obszarów jest wyraźnie oznaczonych zakazem pozostawiania samochodów. Niedozwolone jest również pozostawianie kamperów na noc.

Droga jest wąska, ale nawet z samochodami ustawionymi po obu jej stronach ciągle da się przejechać środkiem.

Nie widziałem ani jednego busa, który przywoziłby skądś ludzi lub ich odbierał. Jeśli taka opcja istnieje, to raczej nie jest szczególnie popularna. Olimp zdobywa się w dużej mierze samochodem. Ale jakim?

Autem na Olimp

Małym. Nie ma sensu porywać się na większe samochody. Trasa jest zbyt krótka, żeby szczególnie przejmować się rozmiarem i mocą auta. I tak pewnie skończycie z popularnym tam i w wypożyczalniach Fiatem Pand(in)ą, bo będziecie szukać najtańszych rozwiązań – i słusznie.

Mogę tylko podpowiedzieć, że w tak małym samochodzie – na 99 proc. będzie to Fiat Panda:

  • trzy osoby z dużymi plecakami to właściwie maksimum,
  • bagażnik zmieści dwa duże plecaki i zgrzewki wody,
  • cztery osoby oznaczają spory dyskomfort, a dwa duże plecaki raczej skończą wewnątrz razem z pasażerami, a auto praktycznie nie będzie chciało jechać,
  • a przy pięciu osobach lepiej wziąć dwa małe samochody niż jeden większy, który wcale nie musi być tańszy, szczególnie gdybyśmy chcieli zmieścić wszystkie plecaki w bagażniku.

Pamiętajmy też, że droga nie jest długa i nie ma co przesadzać. Nie chcę precyzyjnie podawać kosztów najmu, bo mogą się różnić zależnie od pory roku, wypożyczalni lub pośrednika. Trzeba naszykować kilkadziesiąt euro.

Mogę wam jeszcze powiedzieć, co czeka kierowcę po wyborze Fiata Pandy w wersji Hybrid.

Fiat Panda, a raczej Pandina

W wypożyczalni tę konstrukcję nazwą Fiatem Pandą. Obecnie występuje ona u nas pod nazwą Pandina, ponieważ nazwa Panda przeskoczyła do modniejszego, większego modelu. Ja poruszałem się wersją Hybrid, czyli ze wsparciem elektrycznym.

Jest to pojazd wyposażony w silnik 1.0 o mocy 65 KM, co ma swoje konsekwencje. Zacznijmy od wad – przy założeniu, że na pokładzie są trzy osoby z plecakami i działa klimatyzacja:

  • auto ma dramatyczną dynamikę, a właściwie nie ma jej wcale,
  • może sprawiać wrażenie, że nie wjedzie tą górską drogą, ale dajcie mu szansę,
  • jest w nim bardzo, bardzo ciasno,
  • to, czy zdołacie rozpędzić się chociaż do 120 km/h, zależy głównie od wiatru.

Ale są też zalety:

  • praktycznie nie zużywa paliwa,
  • może spalać niewiele ponad 4 l/100 km,
  • łatwo się nim parkuje,
  • sprawia wrażenie samochodu idealnego na greckie ulice,
  • nie sprawia wrażenia, że jego właściciel posiada cokolwiek cennego.

Jest to pojazd wystarczający, żeby dotrzeć na parking pod Olimpem. A samego Olimpu raczej nie ma co zdobywać bez samochodu, gdy chcecie sprawę załatwić szybko. Powodzenia.

Grzegorz Karczmarz
Redaktor

Redaktor prowadzący Autoblog.pl. Współtworzy dział Porady, choć stanowczo woli dział Jednoślady, gdzie testuje wszystko, co ma dwa lub trzy koła. Najchętniej jeździłby na co dzień Piaggio Ape, bo uważa, że koła z doczepionym dachem to wystarczający środek transportu. W połowie życia postanowił zostać dziennikarzem motoryzacyjnym i mu się udało. Pracował i wciąż współpracuje z DEKRA, a gdy nie ma go na Autoblogu, to jeździ po Polsce przeprowadzając audyty.