REKLAMA

Przeżyłem lata 90. Dzisiejsze wypadki mnie w ogóle nie ruszają

Wracając w niedzielne popołudnie z daleka do domu, kiedy mijałem na drodze stojące na poboczu porysowane samochody po “dramatycznym” wypadku, przypomniałem sobie mroczne lata 90., kiedy jeździłem jako pasażer z rodzicami.

Przeżyłem lata 90. Dzisiejsze wypadki mnie w ogóle nie ruszają

Wypadki nadal się zdarzają i niestety będą się zdarzały, ale ich skala i częstotliwość nie ma w ogóle podjazdu do tego, co było 30 lat temu. Dlaczego akurat 30? Bo mniej więcej wtedy zaczynałem kumać rzeczywistość i pewne refleksje umysłu dziecka mogą się z dzisiejszej perspektywy wydawać niepokojące.

Poważne wypadki były wtedy tak powszechne, że w ogóle nie robiły na mnie wrażenia

Na dalekie wyjazdy wybieraliśmy się często, na pewno przynajmniej kilka razy do roku. Dodatkowo miało to miejsce przeważnie w typowo wyjazdowych okresach, czyli podczas wakacji albo długich weekendów pokroju Majówki. Ruch był wtedy zauważalnie większy, więc i ryzyko wypadku znacznie wzrastało.

Pamiętam, że dosłownie każdy wyjazd związany był z obserwacją skutków jakiegoś poważnego wypadku na trasie. I to rzeczywiście poważnego, a nie takiego, gdzie komuś urwało się lusterko albo stłukła lampa. Samochody po zderzeniu czołowym, owinięte wokół drzewa, wywrócone na dach - spektrum było dość szerokie.

Przykładowe zdarzenia z tamtych lat prezentowały się niezbyt estetycznie: KLIK, KLIK i KLIK

Najbardziej wymowne było natomiast to, że widok takiego makabrycznego wypadku był dla mnie czymś zupełnie naturalnym, niejako wpisanym w krajobraz. Pamiętam, że kiedy z rzadka pokonaliśmy całą trasę, gdzie po drodze było “czysto”, faktem tym byłem zawsze bardzo zaskoczony.

Brakowało bezkolizyjnych dróg szybkiego ruchu, więc cały ruch tranzytowy męczył bułę na zwykłych dwupasmówkach

Czynników składających się na taki stan rzeczy oczywiście było wiele, z panującą na polskich drogach “anarchią” na czele, ale nie można pominąć w tym równaniu fatalnej infrastruktury. Fatalnej, czyli takiej, gdzie cały tranzyt przebijał się dwupasmową drogą krajową, przecinając po drodze wszystkie miasta i wioski.

Efekt? Wolniejszego pojazdu nie dało się wyprzedzić zmieniając po prostu pas ruchu, lecz wiązało się to z jazdą pod prąd. Kiedy ruch był duży, manewr robił się bardzo niebezpieczny, z uwagi na wciąż jadące z naprzeciwka samochody. Jako, że przebieg drogi nawet w najmniejszym stopniu nie zakładał bezpieczeństwa podczas takiego manewru, widoczność na przeciwny pas ruchu często była kiepska, potęgując niebezpieczeństwo. Dodajmy jeszcze do tego powolne ciężarówki jadące kolumnami i mamy idealny przepis na powstanie katastrofy.

Zaczęły wówczas pojawiać się pierwsze Czarne Punkty, okraszone rozbitym samochodem

Temat zasługuje na oddzielne opracowanie, więc na pewno jeszcze do niego wrócę, ale pamiętam mgliście moment ich pojawienia się na drogach. W najbardziej niebezpiecznych miejscach znalazły się charakterystyczne żółte plansze z mrocznymi statystykami, a obok nich “ku przestrodze” ustawiano również rozbite samochody, mające pobudzać wyobraźnię kierowców.

Czy coś dały? Trudno mi ad hoc powiedzieć, bo wtedy się tym kompletnie nie interesowałem. Niemniej, faktycznie pojawiło się ich na polskich drogach bardzo dużo, a przynajmniej takie miałem wtedy wrażenie. Dzisiaj ich temat jest już właściwie nieaktualny, co akurat stanowi raczej pozytywny sygnał.

Jako dziecko byłem wtedy oczywiście nieśmiertelny

Jak sobie teraz przypomnę tamte czasy i to, jak na to wszystko patrzyłem, nieco niepokojące wydaje się, że było to dla mnie jedynie scenografią. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym w kategoriach “a co, gdybyśmy to my mieli wypadek?”, ponieważ nas ten problem w ogóle nie dotyczył. W tym przekonaniu utwierdziło mnie również to, że złe rzeczy omijały wszystkich moich znajomych i członków rodziny - co więc miałoby pójść nie tak?

Świat przez 30 lat zmienił się pod tym względem nie do poznania

Tak, jak wtedy widok tragicznego wypadku był dla mnie czymś tak naturalnym, jak dzisiaj stojący na poboczu zepsuty samochód, tak teraz sytuacja jest całkowicie odwrotna - obserwacja poważnie rozbitych pojazdów stanowi dużą rzadkość, przez co robi o wiele większe wrażenie.

Dzisiaj mamy nieporównywalnie większą sieć dróg ekspresowych i autostrad, dzięki czemu ruch tranzytowy stał się w pewnym sensie bezkolizyjny. Owszem, nadal dzieją się rzeczy złe, ale ryzyko zderzenia czołowego na takiej drodze jest już niemal zerowe. Kultura jazdy, mimo wszystko, też się jednak znacznie poprawiła.

Jeżdżę dużo i to nie tylko w długie weekendy, a poważnego wypadku nie widziałem już od bardzo dawna. Jeżeli jeździłbym tyle w latach 90., zapewne wykorzystałbym już wszystkie życia i sam skończył zawinięty w rulon na drzewie.

Zdjęcie główne powstało z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Michal Reicher
Redaktor

Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.