Już kiedyś próbowano poprawić bezpieczeństwo na przejazdach kolejowych. Wyszło średnio
Echa ostatniego wypadku kolejowego na Mazowszu będzie słychać jeszcze długo - mam nadzieję, że wyniknie z tego w końcu coś dobrego. Prawie 40 lat temu podjęto już dość niecodzienną próbę ograniczenia wypadków na przejazdach kolejowych.

Rzecz miała miejsce w 1988 roku, kiedy w rezultacie tragicznego wypadku pod Bytomiem Odrzańskim na przejeździe kolejowym śmierć poniosło 10 osób. Wojskowa ciężarówka Star 66 wjechała pod rozpędzony pociąg, ponieważ kierowca nie zauważył nadjeżdżającego składu.
Nie był to rezultat jakiejś czarnej serii, jak było w przypadku ostatniego wypadku na Mazowszu, niemniej zdarzenie stało się pretekstem do wprowadzenia pewnych zmian.
Decyzją dyrektora generalnego PKP czoła lokomotyw zaczęto malować na żółto
Inaczej niż dzisiaj, wtedy jako główny problem wskazano same pociągi. Wiele przejazdów było niestrzeżonych, zarośniętych krzakami i ogólnie zaniedbanych. Same lokomotywy malowano zieloną farbą, co nie pomagało w odróżnieniu ich od otaczających tory drzew.
Swoje robił również brak obowiązku jazdy z włączonymi światłami przy świetle dziennym. Nadjeżdżający pociąg faktycznie mógł być kiepsko widoczny dla kierowców.
Uznano więc, że dobrym rozwiązaniem będzie zmiana schematu malowania taboru, gdzie czoło każdej lokomotywy od tej pory miało być żółte. Kolor ten wyraźnie odcinał się od zieleni, a sam w sobie jest najszybciej wychwytywany ludzkim okiem. Zmianę uchwalono w 1988 roku - jeszcze w tym samym, co wspomniany wypadek pod Bytomiem Odrzańskim.
Czy to coś dało? Trochę tak, ale w sumie nie
Zmiana na pewno poprawiła fizyczną widoczność na przejazdach kolejowych - żółty kolor czoła widać było nawet z kilkuset metrów, co przy ciemnej zieleni nie było wcale oczywiste. Od strony technicznej cel został zatem niewątpliwie osiągnięty - zbliżające się do przejazdu kolejowego lokomotywy widoczne były o wiele lepiej.
Czy zatem rozwiązano problem wypadków na przejazdach kolejowych? Oczywiście… że nie. Powiedzmy, że rozwiązano problem nie zauważania pociągów przez kierowców, ponieważ ci nie mogli się od teraz wymawiać złą widocznością.
Do wypadków dochodziło wszakże przez cały czas, tyle że teraz podstawowym problemem byli już sami kierowcy, którzy ignorowali znaki STOP i zasady szczególnej ostrożności. Czyli dokładnie tak samo, jak dzieje się dzisiaj.
Znacznie lepszym rozwiązaniem okazał się być obowiązek używania świateł przez całą dobę
Jak wcześniej wspomniałem, w momencie wprowadzenia żółtego malowania przedniej ściany lokomotyw, obowiązku jazdy na światłach jeszcze nie było. Wprowadzono go pod koniec lat 90., co okazało się ostatecznie w sumie być najlepszym rozwiązaniem - jeżeli ktoś nie widzi trzech wielkich zbliżających się ślepi pociągu, powinien natychmiast udać się na badania.
Czy może ta zmiana rozwiązała problem wypadków na przejazdach kolejowych? Oczywiście, że nie, ale tym razem faktycznie wpłynęła bardziej realnie na ich redukcję.
W latach 90., kiedy ruch na polskich drogach rósł bardzo szybko, tragiczne statystyki wypadków na przejazdach kolejowych rosły niestety razem z nim i to wprost proporcjonalnie.
Tym razem o radykalną poprawę bezpieczeństwa będzie o wiele trudniej, bo problemu nie da się rozwiązać ani wiadrem żółtej farby, ani zapalonymi światłami
Problem jest niestety o wiele bardziej złożony. Nie można go natomiast zrzucić na brak widoczności samego pociągu, ale można w dużym stopniu na poziom zaawansowania infrastruktury - ale o tym innym razem.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.