Ja też jestem współwinny wypadku na przejeździe kolejowym. Przyzwyczaiłem się już
Nie siląc się na zbyt długi wstęp, jako instruktor nauki jazdy ponownie zostałem pośrednio wskazany jako współwinny ostatniego wypadku w Przysusze. Pozwólcie, że częściowo się zgodzę, a częściowo wcale nie.

Pewien portal dość bezpośrednio uderzył w instruktorów, zarzucając nieudolność w szkoleniu, co prowadzi do sytuacji, gdzie ludzie nie potrafią się prawidłowo zachować. Rzecz w tym, że mało kiedy jest to wina instruktora, a przeważnie po prostu czynników obiektywnych, takich jak np. ograniczone możliwości. Jak zwykle zresztą.
Jeżeli ktoś nie potrafi logicznie myśleć, to żadna ustawa go do tego nie zmusi
Zacznijmy od tego, że współwinę instruktorowi można przypisać w odniesieniu do każdego zdarzenia drogowego, gdzie ktoś nie zastosował się do przepisów. Owszem, na etapie szkolenia często widać, kto rokuje, a kto nie, ale często nie sposób jest zweryfikować wszystkich na każdej możliwej płaszczyźnie.
Zasady dotyczące przejazdów kolejowych wydają się być na tyle logiczne, że nie potrzebują specjalnej oprawy teoretycznej
Wiadomo, że mogą zdarzyć się sytuacje losowe, które trudno przewidzieć - a zatem również przećwiczyć na kursie. Kiedy jednak ktoś bezpośrednio ignoruje czerwone światło albo w ogóle nie rozgląda się na boki przed wjechaniem na przejazd, to medycyna jest w takim przypadku bezradna.
Sytuacja jest całkowicie tożsama z brakiem uwagi podczas np. wyjeżdżania z drogi podporządkowanej na drogę główną, gdzie ktoś wbija na skrzyżowanie bez odwracania głowy.
Nie jestem w stanie praktycznie uczyć ludzi wyłamywania rogatek
Spotkałem się gdzieś z zarzutem, że instruktorzy powinni uczyć, jak wyłamywać rogatki na przejeździe kolejowym, aby później umieć sobie poradzić w kryzysowej sytuacji. Mówiąc szczerze, bardziej absurdalnej porady chyba jeszcze nie miałem okazji wcześniej przeczytać.
Moją rolą jest uczenie ludzi, jak nie doprowadzić do sytuacji, aby musieć wyłamać rogatkę. To, że później przytrafi się cymbał, który nie dość, że wyląduje na środku przejazdu kolejowego, to nie będzie potrafił ruszyć ani do przodu, ani do tyłu, nie jest już moją winą.
Umyślne stwarzanie sytuacji wyższego zagrożenia zakrawa na absurd. Ok, być może nauka na żywym organizmie byłaby skuteczniejsza od wykładania teorii, ale to trochę tak, jakby zamknąć się w beczce w rwącej rzece, aby później bohatersko się z niej wydostać. Już widzę te komentarze medialne, jeżeli ktoś nagrałby mnie, jak celowo zamykam się z kursantem na przejeździe kolejowym.
Kolejny raz: tak krawiec kraje, jak mu materii staje
W tym przypadku chodzi o okoliczności, aby natrafić na kolizyjny przejazd kolejowy, po którym akurat przejeżdżać będzie pociąg. Mając w perspektywie 30 godzin zegarowych pełnego kursu i najbliższy przejazd ponad pół godziny jazdy z miejsca rozpoczęcia zajęć, trudno jest na zawołanie wygenerować odpowiednią sytuację.
Czasu wystarcza przeważnie, aby temat przećwiczyć raz, może dwa razy, a i bez gwarancji, że trafimy akurat na zamykający się szlaban i/lub czerwone światło. Przejazd kolejowy to nie skrzyżowanie o ruchu okrężnym, że można go spotkać na co drugim osiedlu.
Zarzuty skierowane w stronę egzaminatorów, którzy mają godzinę na przeprowadzenie egzaminu praktycznego z wykorzystaniem istniejącej w pobliżu infrastruktury, są już kompletnie oderwane od rzeczywistości. W tym przypadku, jeżeli zażalenia miałyby zostać konkretnie zaadresowane, to raczej do warunków jego przeprowadzania, a nie samych egzaminatorów.
Z moich obserwacji wynika, że ludzie na kursie podchodzą do przejazdów kolejowych raczej z respektem
Powiedziałbym, że nawet z pewną nadgorliwością, ale wolę, aby ktoś w takim przypadku był nieco zbyt ostrożny niż lekkomyślny. Nie kojarzę sytuacji, kiedy uczący się wjechał na pałę na przejazd kolejowy - raczej zatrzymuje się przed wjazdem i bardzo nieufnie kontynuuje jazdę.
Wnioski są takie, że ludzie zaczynają durnieć dopiero pod naciskiem realnego zagrożenia, którego niestety nie jestem w stanie przećwiczyć w praktyce. Albo wkrada się bezmyślny pośpiech, na co tym bardziej nie mam wpływu.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.