REKLAMA

Jazda gratami to nie fizyka jądrowa. To samochody jak każde inne

Starymi samochodami jeżdżę przede wszystkim dla siebie, a nie dla poklasku widowni, ale jest to miłe, kiedy ktoś zwraca uwagę na mój wóz. Jest jednak jedna rzecz, która mnie strasznie wkurza.

Jazda gratami to nie fizyka jądrowa. To samochody jak każde inne
REKLAMA

Tytułem wstępu, gratów mam kilka, a ich wspólnym mianownikiem jest czwarty krzyżyk na karku - średnia wieku w parku maszyn to jakieś 38 lat. Jeżdżę nimi dużo i to nierzadko na długich dystansach, traktując to zasadniczo jako coś zupełnie normalnego.

REKLAMA

Wielokrotnie spotykałem się na parkingach czy stacjach paliw z przejawami zainteresowania - przeważnie były to pozytywne doświadczenia, ale często niestety słyszałem irytujące mnie pytanie: "A Ty się nie boisz tym tak daleko jechać?".

Czego mam się niby bać?

W domyśle wiekowe auto miałoby oznaczać wysoką awaryjność, tak jakby z założenia wszystko, co stare, jednocześnie ciągle się psuło. Dodajmy jeszcze, że psuć od używania zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli od jeżdżenia. Bez robienia żadnych ekstremalnych akrobacji i fikołków.

REKLAMA
Hrvatska.

W rozumowaniu pytających, stary samochód jest tak dziadowsko wykonany, że nie ma prawa pokonać bezawaryjnie trasy z Warszawy do Pułtuska, a już na pewno nie da rady przyjechać z powrotem.

Długa trasa starym autem nie różni się niczym od takiej zrobionej nowym samochodem

Oczywiście, wiadomo, nie chodzi mi tutaj o liczbę udogodnień, bo jednak współczesne auto jest znacznie bardziej wielofunkcyjne: elektronika pokładowa, klimatyzacja i ogólnie bogatsze wyposażenie. Mam na myśli jazdę w ścisłym tego słowa znaczeniu, czyli opierającej się na działaniu podzespołów samochodu.

REKLAMA

Silnik pracuje tak samo, zawieszenie tak samo, hamulce również, tak że jeżeli wóz jest utrzymany w odpowiedniej sprawności mechanicznej, nie widzę żadnych powodów do niepokoju. Tym bardziej, że są to auta z lat 80. i wczesnych 90., gdzie poziom niezawodności i ogólnego dopracowania był już na bardzo wysokim poziomie.

Co więcej, wszystkie dalekie trasy pokonuję "z marszu", czyli bez specjalnych przygotowań. Po prostu przychodzę do wozu, odpalam, tankuję do pełna i jadę - tak, jak każdego dnia, tylko nieco dalej. Wiadomo, że z przezorności zawsze trzeba skontrolować płyny i oświetlenie, ale takie czynności serwisowe powinny dotyczyć wszystkich aut, a nie tylko starych.

REKLAMA

Rozumiałbym ludzkie rozterki, jeżeli jechałbym 600 kilometrów 70-letnim samochodem, ale nie 35-letnim

Jak napisałem wcześniej, w rozumowaniu ludzi stare = awaryjne, co absolutnie nie jest prawdą. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie, stare = mniej awaryjne, ponieważ maszynownia pozbawiona jest skomplikowanej i wrażliwej elektroniki. Dobrze dotarta i naoliwiona mechanika zawsze będzie trwalsza od kilometrów kabelków i czujników.

W przypadku samochodów pochodzących z lat 50. i 60. można byłoby polemizować z jakością wykonania, w związku z czym długie trasy faktycznie mogłyby być obarczone większym ryzykiem. W odniesieniu do aut z lat 80. nie odczuwam natomiast żadnych obaw dotyczących ich sprawności i żywotności, przynajmniej w kontekście mechaniki.

REKLAMA

Nigdy nie miałem żadnych problemów, które ostatecznie nie pozwoliłyby mi dotrzeć do celu

Nie będę opowiadał bajek, że nigdy nic się nie wydarzyło, bo zdarzały się czasami różne "zabawne" przygody. Nie liczę naturalnie takich incydentów, jak spalona żarówka czy przebita opona, bo to są akurat usterki ponadczasowe i nie mają związku z wiekiem samochodu.

Bałtyk wokół wyspy Saaremaa.

Nie było natomiast nigdy tak, aby wóz stanął i nie pojechał dalej - zawsze dojeżdżał do celu i przywoził mnie z powrotem. Owszem, bywało czasami tak, że stało się coś poważniejszego, jak np. w opisanej TUTAJ przeze mnie historii, ale wciąż jest to jedynie wyjątek potwierdzający regułę. Patrząc na liczbę przejechanych kilometrów, 2-3 incydenty tego typu daleko od domu to niewiele.

REKLAMA

Często na trasie widzę nowe auta stojące na poboczu drogi

W ramach podsumowania dodam, że wielokrotnie obserwowałem podczas wyjazdów ustawione na pasie awaryjnym zepsute współczesne samochody - te, które rzekomo miały być pewne i bezproblemowe. Nie chcę przy tym się licytować, tylko po prostu pokazać, że nie można uogólniać i szufladkować pod kątem wieku.

No cóż, mogłem jedynie współczuć właścicielom niesprawnych aut zza kierownicy swojego niemal 40-letniego grata, którym powinienem bać się jechać dalej niż po bułki do pobliskiej piekarni.

Michal Reicher
Redaktor

Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.

REKLAMA
REKLAMA