Co robić w przypadku awarii na drodze? Doświadczony graciarz radzi
Graciarstwo w moim życiu ma się dobrze. Jednego razu jest to odpalanie starej ciężarówki wyciągniętej z krzaków, innym razem rzemieślnicze naprawianie grata w środku nocy na poboczu jakieś wiejskiej drogi.

Gratami jeżdżę dużo i intensywnie, ale z reguły poważniejsze incydenty mnie omijają. Tym razem szczęście mnie jednak opuściło, ponieważ w samym środku nocy, na jakiejś gminnej drodze prowadzącej przez las, w Maździe 323 zmęczeniowo poddał się wąż układu chłodzenia.
Awaria być może nie byłaby tak dramatyczna, gdyby nie zbieg kilku niekorzystnych okoliczności
Aby w pełni oddać dramaturgię całej sytuacji, zacznę od pewnej dygresji. Grat, jak to grat, ma swoje pewne techniczne ułomności, które nie wpływają na ogólną sprawność pojazdu, ale w nieoczekiwanym momencie wracają niczym bumerang. W moim przypadku była nią urwana jakiś tydzień temu dźwignia do otwierania pokrywy silnika - po prostu została mi w dłoni, a nie było czasu jej naprawić w profesjonalny sposób.
To nadal nie byłby zbyt poważny problem, gdybym miał odpowiednie narzędzia. Mam w zwyczaju zawsze wozić w bagażniku walizkę z narzędziami, kłopot polegał wszakże na tym, że… nie miałem akurat tego, które było mi najbardziej potrzebne, czyli jakichkolwiek szczypiec. Te zostały w innym gracie, gdzie używałem ich podczas drobnej naprawy elektrycznej.
Rezultat? Nie miałem jak otworzyć pokrywy silnika i zobaczyć, co się wydarzyło. Na tamtą chwilę wiedziałem jedynie, że temperatura cieczy rośnie błyskawicznie, a dookoła samochodu czuć zapach płynu i widać buchającą parę.
Musiałem około 20-minutowymi interwałami pokonywać trasę po kawałku, aby dotrzeć do jakiejkolwiek cywilizacji
Wiem, że to za mało, aby silnik właściwie się ostudził, ale coś trzeba było zrobić. Awaria przydarzyła mi się w miejscu bez jakiegokolwiek zasięgu, tak więc nawet nie miałem jak gdziekolwiek zadzwonić. Uznałem więc, że odczekam na początek pół godziny, po czym odpalę silnik, rozpędzę wóz i go zgaszę, pozwalając Maździe jechać siłą rozpędu.
Według mapy drogowej, którą właśnie ze względu na takie akcje warto mieć zawsze ze sobą, najbliższa stacja paliw znajdowała się około 10 kilometrów ode mnie. Normalnie byłoby to niewiele, w zaistniałej sytuacji była to wręcz podróż na inny kontynent. Niemniej, udało mi się wspomnianymi interwałami tę trasę pokonać i po jakichś 90 minutach dotarłem na stację. Dobrze, że część drogi prowadziła z górki, więc mogłem nadgonić dużo dystansu.
Na stacji kupiłem obcęgi i bańkę wody destylowanej, aby móc zdiagnozować problem
Szybko okazało się, kto jest winowajcą - gumowy przewód wchodzący do nagrzewnicy, który zmęczeniowo wziął i pękł, wypluwając tamtędy cały płyn. Powiem szczerze, że w tym momencie po raz pierwszy poczułem jakąkolwiek ulgę, ponieważ obawiałem się znaleźć o wiele gorsze rzeczy. Co równie mnie “ucieszyło”, przewód poddał się bardzo blisko końcówki, a nie gdzieś na środku, dlatego w teorii wystarczyło uciąć jego uszkodzony fragment i nieco skrócony założyć z powrotem. W teorii.
Bez podnośnika dostęp do tego przewodu okazał się beznadziejny, a do tego wąż w miejscu pęknięcia był znacznie szerszy
Gdybym mógł podnieść samochód wyżej i podeprzeć na kobyłce, kłopot byłby mniejszy, ale że niestety nie miałem go jak zabezpieczyć, musiałem stworzyć sobie prowizoryczny najazd stając jednym kołem na krawężniku. Było to konieczne, ponieważ dostęp od góry nie gwarantował mi odpowiedniej ilości miejsca na obracanie kluczami.
Drugi problem to szerokość przewodu w miejscu pęknięcia, gdzie jego zbyt duża średnica nie pozwalała ani na odpowiednio szczelny montaż, ani tym bardziej na ściśnięcie opaską. Owszem, mogłem uciąć jeszcze więcej, ale wtedy nie dałoby się odpowiednio ułożyć, jako że musiał być on odpowiednio wyprofilowany.
Ostatecznie wszystko udało się złożyć ucinając kawałek innego przewodu
A całą konstrukcję ściągając plastikową opaską, bo oryginalna opaska miała zbyt małą średnicę, aby podołać takiej konstrukcji. Prawie wszystko trzeba było robić jedną ręką, bo drugą musiałem sobie świecić, a i poza tym nie było przestrzeni na jakiekolwiek ruchy. Układ przeszedł próbę szczelności i po prawie trzech godzinach walki, wliczając w to kulanie się do stacji paliw, wóz pojechał o własnych siłach.
Sukces został okupiony całkowitym wyładowaniem akumulatora, ale to niestety kolejne moje zaniedbanie, które mnie pokarało. Mianowicie, do Mazdy włożony był zbyt mały akumulator, ponieważ większy potrzebny był, a jakże, w innym miejscu. Ciągłe gaszenie i odpalanie samochodu spowodowało jego całkowite zużycie.
Po drodze do celu musiałem zaliczyć jeszcze jeden postój serwisowy, na dolanie płynu do właściwego poziomu. Na koniec musiałem samodzielnie odpalać samochód z popychu, bo prądu na rozrusznik już zabrakło.
Nie było czasu robić zdjęć, bo trzeba było działać
Dlatego jedyna fotografia dokumentująca cokolwiek to ta zrobiona następnego dnia, z obciętym fragmentem pękniętej gumy - na pamiątkę. Co się umordowałem w nocy, to moje, ale można powiedzieć, że takie historie są wrzucone w koszty operacyjne graciarstwa. Trzeba bohatersko rozwiązywać problemy, których normalni ludzie po prostu nie mają.

Guma zaś trafi do “muzeum motoryzacji” w moim garażu, gdzie mam więcej takich suwenirów z historią.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.