Niedawno publikowałem na łamach Autobloga felieton, w którym odniosłem się do jeżdżenia starymi autami na co dzień i robienia z tego jakiegoś heroicznego wyczynu. Problem w tym, że wiele osób nie przeczytało go ze zrozumieniem.

Zacznijmy od tego, że TEN tekst nie miał w założeniu ani gloryfikować starych aut, ani też nawoływać do porzucenia tych nowych i przesiadki na graty. Chodziło raczej o podważenie tego, co wiele osób uważa, że użytkowanie takich aut na co dzień i robienie nimi dużych przebiegów to coś niebywale trudnego.
Mówiąc "grat" nie miałem na myśli auta posklejanego taśmą, a raczej naturalnie spatynowany kilkudziesięcioletni egzemplarz
Jeżeli weźmiemy pod lupę np. takie Volvo 240, jest to już szanowany klasyk, który pojawia się na zlotach wypolerowany na błysk, bez ani jednej ryski na karoserii. To samo Volvo może być wszakże używane jako nieco poobijany wóz na co dzień, czyli z jednej strony w pełni sprawny mechanicznie, z drugiej nieco niedomagający blacharsko - tu wgniotka, tam zaprawka, itp.
Wiadomo, że raczej nikt nie mówi o samochodach pokroju Fiata 130, które nawet zużyte kosztują majątek. Chodzi o z grubsza popularne auta, które nie są jednak w stanie konkursowym, w związku z czym są przykładowo warte mniej więcej jedną pensję minimalną, a często i mniej - w zależności od wozu. To tak tytułem skróconej definicji, acz pojęcie grata jest bardzo elastyczne i każdy interpretuje je trochę subiektywnie.
Pojawiły się opinie, że jeżdżenie takim autem to masochizm
Nazywajcie to sobie jak chcecie, ale nie każdy musi lubić otoczenie miliardem ekranów i udogodnień - niektórzy lubią jazdę samochodem w pojęciu czysto mechanicznym i ja do takich ludzi należę. Od zawsze uwielbiałem obsługiwać różne skomplikowane maszyny, dlatego im auto jest bardziej analogowe i wymagające w prowadzeniu, tym sprawia mi większą radość - jeżeli to masochizm, w takim razie jestem masochistą.

A próbować zrobić takim samochodem 2 tysiące kilometrów bez klimy nie muszę, bo już to zrobiłem - nawet 5 tysięcy i to wielokrotnie, jeżeli to kogoś interesuje. Ale to zupełnie nie o tym był ten tekst.
Co z bezpieczeństwem? Owszem, jest gorzej, tego nie zamierzam podważać
Mógłbym powiedzieć, że samochody nie służą do zderzania, tylko do jazdy, ale zdaje sobie sprawę, że nie na wszystkie incydenty na drodze ma się bezpośredni wpływ - dlatego w przypadku kolizji stare auto niestety zapewni gorszą ochronę niż to współczesne.
Nie dość, że takie auta gorzej chronią pasażerów samą konstrukcją nadwozia i często nie mają poduszek powietrznych, to w dodatku wielokrotnie pozbawione są też takich systemów, jak oczywiste dzisiaj ABS i ASR. Niemniej - nadal to nie o tym pisałem.
Prowadzenie większości samochodów z lat 80. i 90. nie odstaje od tych dużo młodszych, ponieważ były one już mechanicznie bardzo dopracowane
Czyli, jeżeli nie jest to właśnie trup posklejany taśmą, a normalny samochód na bieżąco utrzymywany w sprawności, nie widzę żadnych podstaw do obaw, że coś niepożądanego miałoby wydarzyć się w trasie. Silnik pracuje normalnie, podobnie jak skrzynia, zawieszenie i hamulce.

Wiadomo, że są pewne odstępstwa związane z ich wyposażeniem, ale to już każdy sam musi zdecydować, co jest mu potrzebne, a co zbędne - ja się wypowiadałem jedynie o tym, że robienie starym autem czterocyfrowych przebiegów na przestrzeni kilku dni to nie jest żaden wielki wyczyn, jak niektórzy to przedstawiają.
Tekst miał zatem niejako podważyć to, że wielkim wydarzeniem jest przejechanie jednego dnia kilkuset kilometrów 30-letnim Oplem Astrą. Nie, nie jest żadnym wyczynem - to normalny samochód, który chociaż ma już tyle lat, to jeździ najzwyczajniej na świecie i nie trzeba mieć do tego licencji pilota.
Generalnie każdy niech po prostu robi to, co chce i mu się podoba
A to w ramach podsumowania. Mam swoje upodobania, podobnie jak dużo osób z mojego otoczenia i nie tylko, ale nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać. Jeden woli jeździć nowym autem z klimą, drugi woli jeździć starym bez wspomagania, a trzeci woli, jak mu stopy śmierdzą.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.