Pojechali Syreną do Afryki. Ciekawsze było, co zrobili potem

Tegoroczna, jubileuszowa edycja Złombola dobiegła już końca, a mają uwagę przykuła jedna z załóg startująca Syreną. W tym przypadku interesująca jest nie tylko sama podróż, ale i wóz, którym się ona odbyła.

FSO Syrena 105

Pisałem niedawno, że nocne przeglądanie social mediów doprowadziło mnie do odkrycia Poloneza w Argentynie. Kiedy indziej natomiast udało mi się poznać ciekawą historię innego produktu FSO – i to właśnie ją postanowiłem dzisiaj wam przybliżyć.

Ostatnia Syrena z FSO

Jeśli chodzi o Syrenę, to miłośnicy klasyków dzielą się na dwa obozy. Dla jednych, z racji, że jest jedyną w pełni samodzielną (a nie licencyjną), polską konstrukcją, która doczekała się wielkoseryjnej produkcji, zasługuje na naczelne miejsce w panteonie sław rodzimej motoryzacji. Drudzy z kolei twierdzą, że Syrena to nie samochód.

Zwykle staram się unikać skrajności i nie opowiadać po żadnej ze stron, ale muszę przyznać, że ten konkretny egzemplarz mocno mi się spodobał. Mowa bowiem o Syrenie 105 z 1972 roku, czyli pierwszego roku produkcji tego modelu, będącej jedną z zaledwie 3571 sztuk, które zmontowano jeszcze w warszawskiej FSO, przed przeniesieniem linii produkcyjnej od Bielska-Białej.

Jest to więc naprawdę spory unikat, bo do dziś przetrwało pewnie z kilkanaście takich aut. Dlatego bardzo szanuję, że zamiast zrobić z tej Syreny 110% oryginału i wstawić do muzeum, właściciel postanowił wsiąść za jej kierownicę i ruszyć na Złombol (już po raz drugi zresztą).

Z szopy do Afryki (przez Turcję)

Jeśli dobrze łączę fakty, ten konkretny egzemplarz, jak rasowy barnfind, został wyciągnięty w 2024 roku z jakiejś gdańskiej szopy po 40-letnim postoju.

Po doprowadzeniu do ładu mechanicznego (wizualnie wóz wciąż prezentuje się tak samo, co jest cudowne), w zeszłym roku Syrena pojechała na Złombol do Turcji, a w tym roku do Maroka. Jej perypetie można śledzić na instagramowym profilu syrena105_do_afryki.

Kilka dni temu żerańska Syrena dzielnie dowiozła swoją załogę z powrotem do domów, co poskutkowało publikacją małego podsumowania. Dowiedzieliśmy się z niego, że w ciągu 11 dni „sto piątka” z FSO przejechała prawie 7500 km, zużywając średnio 9 litrów mieszanki benzynowo-olejowej na 100 kilometrów (pamiętajcie, że to dwusuw) i łącznie około 25 litrów Mixolu. Piękne statystyki, to lubię.

Najbardziej zaimponowała mi jednak nie sama podróż Syreną na inny kontynent, lecz fakt, że w drodze powrotnej załoga odwiedziła… niemiecki tor Nurburgring, gdzie producenci nowych aut testują prototypy i śrubują rekordy. Ale nie, że zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie przed budynkiem – oni naprawdę przejechali kółko po Zielonym Piekle.

Gdy podczas scrollowania Facebooka zobaczyłem zdjęcie Syreny na Nurburgringu i upewniłem się, że to nie fotomontaż (ech, co za czasy), to zrobiło mi ono dzień.

Ludzi z taką fantazją nam potrzeba. Serdecznie pozdrawiam i życzę dalszych wspaniałych podróży tym żerańskim wehikułem!

Zdjęcie główne pochodzi z profilu syrena105_do_afryki na Instagramie

Mateusz Łubiński
Redaktor

Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.