Oddał BMW do warsztatu, odebrał bez silnika. Mechanik: zaraz doślę
Od dawna mam takie przemyślenie, że mechanik samochodowy to powinien być zawód zaufania publicznego. Wstawiasz auto, przyjeżdżasz po auto, płacisz i często nie wiesz, co zostało albo nie zostało zrobione.

Sam miałem doświadczenia z mechanikami, które ciężko zaliczyć do pozytywnych. Rzecz się działa kilkanaście lat temu. Niewiele wcześniej kupiłem sprowadzonego Seata Leona. Jako młodziak, zabrałem ze sobą znajomego mechanika Piotra, który sprawdził auto i dał zielone światło. Niedługo po zakupie miałem niewielką usterkę i podjechałem „z ulicy” do innego, nieznajomego mechanika, żeby ją usunąć. Do Piotra miałem ponad 100 km, a sprawa wydawała się błaha. Poszło sprawnie, bodaj następnego dnia odebrałem auto. Za dosłownie kilka dni trafiła się inna usterka (jak to w świeżo kupionych używkach bywa), a że pierwszy mechanik nie miał terminów „na już”, to podjechałem do kolejnego, który sprawnie usunął problem i na następny dzień auto do odbioru.
A gdzie nieprzyjemności? Otóż jakiś miesiąc później pojechałem w rodzinne strony i odwiedziłem Piotra. Coś mi hałasowało w podwoziu, więc chciałem to sprawdzić i usunąć. Piotr wrzucił Seata na podnośnik, wszedł i po chwili roześmiał się w głos. Okazało się, że któryś z dwóch nieznajomych mechaników wykorzystał okazję, żeby bez mojej wiedzy odchudzić Leona o katalizator. W jego miejsce wspawał elegancko spasowaną rurkę. A że złożyło się tak, że w ciągu dosłownie tygodnia auto było u dwóch różnych speców, to szukaj wiatru w polu.
Od tamtej pory słyszałem (również z pierwszej ręki) o jeszcze drastyczniejszych przypadkach, chociaż mój katalizator był dobrym tematem do opowieści. Okazuje się natomiast, że tamten mechanik był zwykłym amatorem przy specach ze Śremu, którzy postanowili przerobić BMW X3 według własnych potrzeb, jednocześnie uznając, że nie ma co kłopotać właściciela zbędnymi pytaniami.
Zawodowiec w branży
Sprawa trwała podobno długimi miesiącami. Wynajmowane BMW X3 o wartości około 300 tys. zł trafiło do jednego z warsztatów na terenie powiatu śremskiego. Plan był prosty: diagnoza, naprawa, odbiór. Wyszło inaczej. Jak donosi wielkopolska policja, przez kolejne miesiące właściciel auta był zbywany, ignorowany i okłamywany, a luksusowy SUV trzymany w warsztacie z postępem prac na poziomie bliskim zera.

Punktem kulminacyjnym był dzień, w którym BMW wreszcie wróciło do właściciela. Wróciło na lawecie. Bez silnika, bez skrzyni biegów, bez skrzyni rozdzielczej i kilku mniejszych części, które według cennika producenta potrafią kosztować tyle, co używany motocykl. Mechanik obiecywał, że dośle brakujące podzespoły na palecie. Ta jednak nigdy nie dotarła. W tym czasie samochód jako pojazd z wypożyczalni nie zarabiał na siebie ani złotówki, generując wyłącznie koszty.
Łączna wartość strat z samych części wyniosła – bagatela – 37 797 zł. Po zebraniu materiału dowodowego śremscy kryminalni postawili mechanikowi zarzuty z art. 278 Kodeksu karnego – kradzież zwykła. W standardzie grozi za to od 3 miesięcy do 5 lat odsiadki, ale podejrzany działał w warunkach recydywy z art. 64 KK, więc sąd może górną granicę zwiększyć o połowę.
Autoryzowany? To co?
Czarne owce w branży zawsze były i każdy kierowca ma w swojej okolicy „taki warsztat”. Katalog typowych nieprawidłowości jest znany – od doliczania niewykonanych prac, przez wymianę nowych części na używane, po właśnie wycinanie sprawnych katalizatorów. Muszę jednak przyznać, że demontaż kompletnego silnika z luksusowego SUV-a i zwrócenie auta na lawecie z obietnicą „palety w przyszłym tygodniu” to jednak kompletnie inny poziom.
Można naiwnie założyć, że problem dotyczy tylko „garażowych” warsztatów, a w autoryzowanych stacjach obsługi takie rzeczy się nie dzieją. A jednak się dzieją. Klienci ASO też potrafią odbierać auta z nieoczekiwanymi rysami na plastikach, odgnieceniami tapicerki czy nieuzasadnionymi pozycjami na fakturze. Sam miałem epizod współpracy z dealerem, przy którym działał też oficjalny serwis, i wiem aż za dobrze, co tam się działo. Skala jest niewątpliwie mniejsza niż wycięty silnik, ale zasada ta sama: brak zaufania kosztuje, ale nadmierne zaufanie kosztuje jeszcze więcej.

W komunikacie policji znalazła się też zwięzła instrukcja prewencyjna: zanim oddamy swoje mienie (zwłaszcza o wartości 300 tysięcy złotych) w obce ręce, warto sprawdzić opinie online, popytać w okolicy i wziąć pisemne potwierdzenie przyjęcia auta do naprawy. Niby oczywistość, ale samo żądanie protokołu bywa testem na uczciwość warsztatu – jeśli mechanik się żachnie, to jasny sygnał do odwrotu.
Warto też pamiętać, że umowa o naprawę pojazdu to formalnie połączenie umowy o dzieło z umową przechowania – mechanik nie ma prawa rzeczy używać poza zakresem koniecznym do naprawy, a tym bardziej rozkładać jej na części pierwsze, które następnie wyjadą tylnymi drzwiami.
Postępowanie w Śremie wciąż się toczy, mechanik usłyszał zarzuty, BMW wróciło do właściciela, silnik nadal nie. Czy ta sprawa coś zmieni w polskim krajobrazie warsztatów i mechaników samochodowych? Chciałbym w to wierzyć, ale mam już za dużo lat i doświadczeń na karku, żeby być aż tak naiwnym.



















