Jeżdżenie gratami na co dzień ma jeden, patrząc obiektywnie, istotny minus: czasami używa się ich dosłownie do ostatniej kropelki oleju silnikowego, po czym pozostaje już jedynie stacja demontażu. No i super.

Grat, jak to grat, rzadko kiedy jest we wzorowym stanie technicznym, bo inaczej nie byłby gratem. Jego kondycja mechaniczna umożliwia bezpieczną jazdę, natomiast ta blacharska często jest daleka od idealnej i po pewnym czasie zaczyna wykraczać poza ramy ogólnie przyjętej przyzwoitości.
Niestety, w ostatnich kilku tygodniach musiałem w ten sposób pożegnać dwa graty - oba z jednej strony kupione były na tzw. dożynki, czyli raczej bez długofalowych perspektyw, ale z drugiej strony gdzieś na końcu zawsze człowiekowi jest nieco przykro, kiedy wóz po wspólnym przejechaniu kilku-kilkunastu tysięcy kilometrów trafia ostatecznie do zgniatarki.
Peugeot 405 miał już podpisany wyrok, ale pojeździł jeszcze ponad rok
Tak że uprzedzając wszystkie ewentualne zarzuty - wóz od samego początku nie rokował dobrze, a potrzebowałem go sytuacyjnie jako "dużego kombi z Dieslem", a przy okazji dawcy kilku części do innego samochodu. Jedyną nierozstrzygniętą kwestią było to, ile czasu Peugeot pojeździ, zanim spadnie mu podłoga.


Podłoga może nie odpadła, ale wiosenne oględziny podwozia utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jest TEN moment. Sprzedaż mijała się z celem, ponieważ samochód po zimowej dawce soli nie przeszedłby już badania technicznego z powodów blacharskich, a że zaczął również niedomagać silnikowo, to decyzja była w pełni uzasadniona.
Mazda 323 posłużyła mi jako sezonowe daily, ale jej dni również od początku były policzone
Samochód cierpiał na schorzenia blacharskie, które na początku sezonu nie były jeszcze dramatyczne, ale po pokonaniu jakichś kilkunastu tysięcy kilometrów w ciągu 6 miesięcy eksploatacji posunęły się na tyle daleko, że nie było już wyjścia - wóz zaczął tracić sztywność nadwozia.

Decyzja była podobna, co w przypadku wspomnianego wcześniej Peugeota, czyli nie ma co przedłużać cierpienia, tylko odłączyć od aparatury i pozwolić odejść z godnością. Samochód z konstrukcją zawieszenia wbitą do bagażnika z pewnością nie stanowiłby godnego podsumowania wspólnej przygody.
Nie umiem sprzedawać gratów, wolę eksploatować je tak długo, jak to technicznie możliwe
Prawdą jest, że chociaż w teorii każdy samochód można sprzedać, to w praktyce ja nie mam do tego kompletnie żadnej smykałki i zazwyczaj każdego grata wyciskam po prostu jak cytrynę. Auta są na bieżąco utrzymywane w mechanicznej sprawności, ale blacharsko powoli, acz sukcesywnie się degradują, dlatego po pewnym czasie podupadają na zdrowiu.
Z uwagi na to, że graty z natury nie są eksponatami muzealnymi, a raczej po prostu starymi samochodami, to kosztowne remonty blacharskie nie mają po prostu najmniejszego sensu - bardziej kalkuluje się po prostu kupić drugiego w nieco lepszej kondycji, zamiast remontować dotychczasowego. Ewentualne naprawy blacharskie to raczej doraźna konserwacja, aby wszystko trzymało się kupy jak najdłużej.
Dlaczego zatem nie zainwestować większych pieniędzy w porządniejszą maszynę? Ponieważ wtedy miałbym jedną zamiast pięciu i przyjemność z tej głupiej zabawy byłaby o wiele mniejsza. Rozdrobnienie swojej uwagi na większą liczbę gratów z jednej strony powoduje, że każdy z osobna jest w gorszym stanie, ale z drugiej strony rekompensuje mi to ich większa różnorodność.
Gratów używam intensywnie, dlatego są bardziej narażone na całkowite wyeksploatowanie
Autom z pewnością na dłuższą metę nie pomaga to, że jeżdżą dużo i bardzo intensywnie - to z pewnością przyspiesza ich zużycie, a z uwagi na ich średnią wyjściową kondycję, lepiej raczej nie będzie.
Tak, wiem - jak dbasz, tak masz, itp. Tyle, że często grat w dosłownym tego słowa znaczeniu nie przedstawia sobą dalekosiężnych perspektyw, więc daleko posunięte inwestycje mijają się z celem. To jak leczenie paliatywne, czyli z jednej strony żyje się nieco lepiej, ale z drugiej i tak wszystko zaraz się skończy.
Uważam przy okazji, że to najbardziej efektywna forma eksploatacji ziemskich zasobów
Peugeot i Mazda to nie pierwsze, a zapewne także nie ostatnie, oddane do demontażu samochody w mojej karierze. W każdy wszakże przypadku miałem czyste sumienie, ponieważ wozy jeździły do samego końca, czyli po prostu do swojej śmierci technicznej. Dopóki były sprawne i jakkolwiek rokowały, to jeździły, a kiedy już przestały, należało się pożegnać.
Oczywiście, to też nie tak, że każdego grata upalam do całkowitej rozwałki - czasami jest tak, że jakiś po prostu mi się znudzi, tak że ten zmienia właściciela i jeździ dalej, tylko pod innym adresem zameldowania. Niejednokrotnie spotykam swoje "byłe" na różnych spędach, chociaż z uwagi na ich graciarski charakter, raczej rzadko kiedy są to szanowane imprezy klasyków.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.