Stał przez 20 lat w krzakach. Postanowiliśmy go odpalić
Ostatnio redaktor Łubiński napisał dość smutny felieton o końcu pewnej epoki w graciarstwie. Szczęśliwie, graciarstwo jako takie cały czas ma się dobrze, trzeba tylko zmienić cele i wcześnie wstawać.

Graciarstwo to na tyle szerokie pojęcie, że nie musi ograniczać się wyłącznie do kupowania ciekawych wozów za umiarkowane pieniądze - niemniej zgadzam się, że w tej materii dobrze to już było. Na szczęście, grata nie trzeba kupować, a można sobie nim po prostu pojeździć. Przedtem natomiast konieczne jest wycięcie go z krzaków, poskładanie silnika i uruchomienie po 20 latach zapadania się w glebę.
Star 660 stał w tym miejscu od 20 lat
Zacznijmy najpierw od wprowadzenia, czego całe przedsięwzięcie miało dotyczyć. Otóż, w pewnej pomorskiej miejscowości nieopodal Kościerzyny, od około 20 lat zaplątany w drzewa stał sobie Star 660. Dokładny rocznik jest do ustalenia, podobnie jak i fakt, czy był to model 660, czy może jednak 66. Większość poszlak wskazuje wszakże na lata 70., więc i na ten pierwszy.


Teren był umiarkowanie trudny, ponieważ Star stał w jednym miejscu na tyle długo, że wokół niego zdążyły już wyrosnąć dorodne drzewa. Jedno z nich oplotło nawet przedni zderzak, dlatego dla dobra sprawy trzeba było je niestety usunąć. Dla uzupełnienia, pojazd z każdej strony otoczony był złomem w postaci przypadkowych części żelaznych oraz opon samochodowych.
Po odgruzowaniu wozu okazało się, że nie wygląda to aż tak źle
Na odgruzowanie złożyło się oczywiście wykarczowanie krzaków, którymi samochód obrósł, ale także usunięcie zrobionego w kabinie śmietnika, napompowanie opon i uzyskanie dostępu do silnika. O dziwo, robota poszła sprawnie, ponieważ z sześciu opon tylko jedna raczyła nie trzymać ciśnienia powietrza - pozostałe pięć wstało z kolan i odzyskało okrągły kształt.


Gorzej sprawy wyglądały wewnątrz, ponieważ pierwszy krok piszącego te słowa skończył się wypadnięciem przez podłogę kabiny. Niestety, blacha nie była w optymalnej kondycji, ale skończyło się nawet bez rozdartej nogawki spodni. Na pierwszy rzut oka kompletny wydawał się również silnik i jego niezbędny osprzęt.
Silnik Stara to benzynowa jednostka S47
Motor ten to historycznie pierwszy wykorzystany w tym pojeździe silnik. Była to jednostka niskoprężna, o pojemności niespełna 4,7-litra i mocy około 100 koni mechanicznych. Chociaż od lat 60. do ciężarówek Star montowano już z powodzeniem silniki Diesla, to jednostka S47 utrzymała się w produkcji aż do lat 80.


Nasz Star przedtem ponoć tutaj po prostu zaparkował, a że zrobił to o własnych siłach, rokowało to nadzieje na jego rychłe wskrzeszenie. Konieczne było tylko uzupełnienie płynów, w tym wody w chłodnicy.
Przygotowanie silnika do próby uruchomienia zajęło kilka godzin
Zanim dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, należało dokonać niezbędnych prac technicznych. Po pierwsze, niepewny był układ zasilania, dlatego zastosowaliśmy wariant z kanistrem, z którego pompa bezpośrednio zaciągała benzynę. Same przewody paliwowe nie wyglądały zbyt obiecująco, dlatego konieczne było ich dorobienie.

Po drugie, brakowało jednego z istotnych elementów gaźnika, który jeden z kolegów zastąpił… wkrętem do drewna. Przedtem trwały gorączkowe próby dopasowania części z innego gaźnika, a także poszukiwania zguby gdzieś wewnątrz kabiny - zakończone niestety niepowodzeniem, dlatego trzeba było improwizować.


Po trzecie w końcu, “awarii” uległy klemy akumulatora, które raczyły się rozpaść na dwie połowy. Z uwagi na to, że cała akcja miała miejsce w sobotę daleko od jakiegokolwiek większego miasta, uziemiło nas to na pewien czas.
Po podłączeniu akumulatora i postukaniem młotkiem w rozrusznik, silnik odpalił po trzech obrotach wału napędowego
Patrząc na to, ile czasu zajęło nam dojście do tego etapu, poszło wręcz aż zbyt łatwo. Najbardziej nieprawdopodobne było natomiast to, z jaką lekkością i gracją motor odpalił - spodziewaliśmy się, że będziemy kręcić rozrusznikiem aż do zmierzchu, a tymczasem ten tylko lekko zaszumiał i… już. Przez chwilę niektórzy z nas nie połapali się nawet, że silnik już pracuje.


Z jednej strony, pomógł fakt, że Star miał silnik benzynowy - potrzebuje on na rozruch zdecydowanie mniej energii od wysokoprężnego. Z drugiej zaś, Diesel ma o wiele mniej skomplikowany układ zapłonowy, co przy tak długim postoju ma istotne znaczenie. Okazało się, że nie miało żadnego, podobnie jak wkręt do drewna zamiast jednej z dysz gaźnika.
Dalsza część historii to radość małych dzieci z jeżdżenia Starem po wiejskich drogach
Samo uruchomienie samochodu to tylko początek zabawy, ponieważ najważniejsze było wyprowadzenie go na wiejską drogę gruntową i pierwsza od 20 lat samodzielna jazda. Chociaż mam już skończone 30 lat, podobnie jak wszyscy tego dnia zebrani, czułem się tego dnia jak mały chłopiec w wesołym miasteczku. Przebierałem nogami, aż tylko znowu nadejdzie moja kolej i znowu będę mógł usiąść za sterami i się przejechać. Żadnemu z nas nie przeszkadzał przy tym fakt, że Star nie miał nawet ułamka wspomagania czegokolwiek, a także miał skrzynię biegów pozbawioną synchronizacji.





W tle, jak to w sobotnie popołudnie, było obowiązkowe ognisko. Kto wrócił z oblotu, piekł sobie kiełbaski i uzupełniał przepalone na kręcenie kierownicą kalorie, a za kierownicę wskakiwał następny. I tak przez cały dzień, aż zaszło słońce i skończyło się paliwo - każdy z nas w ramach “wpisowego” przywiózł ze sobą kanister benzyny, którą jeżdżąc Starem następnie z szerokim uśmiechem zużywaliśmy.
Były nieplanowane przygody, ale to tylko zwiększało atrakcyjność całej imprezy
Zdarzyło się, że któryś z nas nie zwrócił uwagi na stan paliwa w kanistrze, przez co wóz strzelił z tłumika i stanął. Nikt nie zweryfikował, czy silnik w jakikolwiek sposób ładuje akumulator - okazało się, że nie ładuje, a podczas zawracania na gruntowej drodze motor stanął i nie chciał odpalić. Trzeba było go uruchamiać przewodami podłączonymi do… Zaporożca, którym podjechaliśmy na ratunek, a którym przyjechać wcześniej jeden z nas. W międzyczasie mijał nas młody człowiek motorynką Ogar i zapytał, czy czegoś nie potrzebujemy. Tak, wciąż jesteśmy w 2026 roku - zupełnie nic ciekawego się tutaj nie dzieje.

Czas poświęcony na sobotniego “grilla” - 12 godzin. Koszt zużytej benzyny - jakieś kilkaset złotych. Wrażenia ze spędzenia całego dnia z nienormalnymi ludźmi - bezcenne

Na koniec pragnę dodać, że wszyscy uczestniczący w akcji to dorosłe i odpowiedzialne osoby, które przestrzegały wszystkich zasad BHP, a także posiadały odpowiednie uprawnienia do wykonywania czynności, które wykonywały. Nikt postronny nie ucierpiał, zbieżność nazwisk przypadkowa.
Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.