Na wakacjach zawsze staram się wybierać najtańsze auto z oferty lokalnej wypożyczalni i to samo radzę wszystkim znajomym. Trzeba tylko przymknąć oko na drobne niedociągnięcia.

Ostatni urlop spędziłem na jednej z greckich wysp, a konkretnie na Rodos. Normalny człowiek na wakacjach stara się raczej zapomnieć o pracy, ale nie ja. W moim przypadku odpoczynek od motoryzacji trwał jakieś dwa dni.
Do tego, jak się podróżuje po Rodos i co po tej wyspie jeździ (czyli czy są stare gruchoty klasyki) wrócę zapewne jeszcze w osobnym tekście, a teraz skupię się na perypetiach związanych z wypożyczeniem samochodu.
Research to podstawa
Na Rodos znalazłem się w ramach wyjazdu typu all inclusive, ale jeszcze przed wylotem ustaliłem z moją towarzyszką podróży, że nie zamierzamy spędzić całego tygodnia na leżeniu plackiem nad basenem tudzież na plaży, ale wynajmiemy sobie na miejscu jakiś samochód i pozwiedzamy.
Nauczeni doświadczeniem (na szczęście bardziej innych niż swoim) wiedzieliśmy, żeby nie iść do pierwszej z brzegu wypożyczalni, tylko przejść się po okolicy hotelu i posprawdzać ceny w kilku miejscach.

Naszym punktem odniesienia był cennik, który poznaliśmy na spotkaniu informacyjnym z przedstawicielem biura podróży dzień po przylocie (nasze biuro oferowało bowiem pomoc w wypożyczeniu auta w jednej z firm). Zgodnie z nim, za samochód pokroju Pandy czy Aygo na dwa dni musielibyśmy zapłacić trzycyfrową kwotę (z jedynką z przodu, ale już nie z zerem w środku), oczywiście w euro.
Uzbrojeni w taką wiedzę ruszyliśmy na spacer. Do niektórych wypożyczalni nawet nie wchodziliśmy, bo już na dzień dobry wyglądały prestiżowo – wychuchany pawilon z wychuchanymi, świeżymi autami przed nim nie wróżył niskiej ceny.
W dwóch kolejnych kwota wynajmu auta na dwa dni była w zasadzie niemal identyczna z tą od biura podróży, natomiast do trzeciej podchodziliśmy na dwa razy. Początkowo trochę zniechęcił nas sąsiadujący z biurem zarośnięty parking z samochodami, które już zakończyły swoją służbę w wypożyczalni, ale postanowiliśmy zaryzykować.

No i to okazało się strzałem w dziesiątkę, cena za najtańsze auto (w tym przypadku Picanto) była o 1/4 niższa niż w pozostałych – wystarczająca różnica, aby akurat pokryć wydatki na paliwo (wszak samochód dostajemy z pełnym bakiem i z takim też musimy zwrócić). Dodam, że warunki (w tym m.in. pełne ubezpieczenie) były identyczne jak w innych wypożyczalniach.
Pomimo wybrania tej ostatniej firmy, na koniec postanowiliśmy jednak z ciekawości zapytać jeszcze w wypożyczalni, która miała biuro w lobby naszego hotelu i reklamowała się (w języku polskim) specjalnymi zniżkami dla hotelowych gości.
Zgodnie z przewidywaniami ta „wyjątkowa” promocja okazała się typowym skubaniem turystów, którym nie chce się chodzić i porównywać ofert. Cena za najmniejsze auto była dwukrotnie (!) wyższa od tej w najtańszej firmie, którą wybraliśmy, i nawet po „rabacie” było wyraźnie drożej niż w innych wypożyczalniach.
Jest dobrze? Jest tanio
Nie pierwszy raz na wakacjach w Grecji brałem samochód z najtańszej wypożyczalni w okolicy, więc doskonale wiedziałem, że niska cena nie bierze się znikąd. Tego typu auta mają zazwyczaj podobny zestaw cech:
- trzeba się po nie pofatygować osobiście do wypożyczalni (niektóre droższe firmy potrafią dostarczyć samochód bezpośrednio przed hotel),
- są nieco starsze niż w pozostałych firmach (jeździliśmy Picanto 3. generacji z początku produkcji, podczas gdy konkurencja miała już raczej poliftingowe egzemplarze),
- są oczywiście poobijane, ale zawsze czyste i schludne w środku,
- mają perfekcyjnie działające klimatyzację i hamulec ręczny,
- ale za to podjechane sprzęgło, a opony są stare i/lub mocno zużyte.

Podejrzewam, że zwłaszcza to ostatnie dla wielu może być odstraszające (to powyżej to zdjęcie opony w „naszym” niespełna 10-letnim Picanto), ale uważam, że nie ma się czego bać.
To nie polskie morze, więc nie pada, a drogi są suche i przyczepne, ponadto na greckich wyspach nie ma tras szybkiego ruchu, na których można by osiągać trzycyfrowe prędkości, a tak w ogóle to rzadko kiedy przekracza się 80 km/h. Nie ma tu więc mowy o dużym ryzyku czy niebezpieczeństwie, a ubezpieczenie z wypożyczalni obejmuje także opony.

Zdaję sobie sprawę, że pewnie zaraz pojawią się komentarze, że jak czymś takim można w ogóle jeździć. Zgadzam się, w Polsce bym do takiego samochodu nie wsiadł, ale…
Nie zapominajmy, że wakacje są od tego, żeby wyluzować, a nie stresować się takimi sprawami. To tylko przypadkowe auto z wypożyczalni, wzięte po to, żeby w przerwie od hotelowej wyżerki zobaczyć kilka starożytnych ruin i ładnych plaż.
Nikt tym nie bije rekordów prędkości ani nie pokonuje setek kilometrów na raz, tylko turla się po okolicy w korowodzie złożonym z innych aut z wypożyczalni, których kierowcom też się nigdzie nie spieszy. A do takiej jazdy wcale nie potrzeba wiele.
Z motoryzacją związany od dziecka - rodzinna legenda głosi, że jego pierwsze pełne zdanie wypowiedziane w języku polskim dotyczyło Fiata Tipo. W 2018 roku rozpoczął współpracę z redakcją tygodnika Motor, a przez kilka ostatnich lat pisał dla Wyboru Kierowców. Specjalizuje się w prezentowaniu i testowaniu motoryzacyjnych nowości, ale graciarstwo też nie jest mu obce. W swoim garażu trzyma między innymi Mercedesa W115, dwa Maluchy i Mustanga. W wolnym czasie przeważnie serwisuje swoje wozy albo jeździ nimi na zloty i rajdy, a czasami zdarza mu się nawet samemu zorganizować jakąś imprezę dla zabytków.