Rząd planuje ograniczyć o 40 proc. import aut z USA. Załatwi to jedną ustawą
Fajne macie te samochody z USA, prawda? Może nawet coś na nich zarabiacie, ale spokojnie, rząd już planuje utrudnić wam życie. Wszystko zaczęło się od białoruskich ciągników, a skończy na BMW z USA. Nadchodzi czas krwawych opłat za import.

Import z USA z roku na rok rośnie. Polacy odkryli, że można tam tanio kupić samochody, które po zazwyczaj niewielkich naprawach mogą z powodzeniem jeździć po polskich drogach. Nikogo nie zdziwi, że głównym przedmiotem importu są niemieckie auta premium, które wychodzą po całej procedurze od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu procent taniej niż analogiczne auto na rynku europejskim. Wprawdzie samochody są rozbite, ale obrońcy tego importu mówią, że przynajmniej nikt nikogo nie oszukuje i od początku widać, że auto miało przygodę.
Import rośnie, wszyscy się cieszą, więc swoje trzy grosze postanowił wtrącić rząd, który przygotował niewinnie brzmiący projekt ustawy o zmianie ustawy o systemach homologacji pojazdów oraz ich wyposażenia oraz niektórych innych ustaw (UC95). Zapisy znajdujące się w tym projekcie to wręcz bomba atomowa i uderzenie w import z USA.
Wzrost opłat za import aut z USA. Przestanie się opłacać
Co zabawne - początkowo projekt miał dotyczyć powstrzymania procederu importu nowych chińskich ciągników z Białorusi i sprzedawania ich w Polsce jako używanych. Dzięki temu obchodzono wspólnotowe prawo i umożliwiano łatwą sprzedaż chińskich wyrobów na terenie Unii Europejskiej. Postanowiono z tym walczyć.
Na podstawie wyroku TSUE Komisja Europejska uznała, że używane pojazdy z państw trzecich nie mogą dostać homologacji UE, więc jedyną drogą jest dopuszczenie indywidualne. Ministerstwo zakłada wprost - zmiany w ustawie przyniosą ograniczenie importu pojazdów niespełniających wymagań UE.
Co się zmieni? Dużo. Samochody używane sprowadzone z USA, Kanady, Chin czy Japonii dostaną dokument o nazwie krajowe indywidualne dopuszczenie pojazdu niebędącego nowym pojazdem. To świadectwo będzie potrzebne do rejestracji auta w Polsce.
Wyrabia się je na stacji diagnostycznej. Jeszcze nie ma pełnej procedury, ale na pewno będzie w niej część poświęcona emisji spalin przez pojazd. Diagnosta zweryfikuje dokumenty potwierdzające poziom emisji.

Jeżeli producent samochodu przewidział w dokumentach auta informacje o emisji, to jest dobrze, bo jeżeli nie, to trzeba będzie się udać do Transportowego Dozoru Technicznego i tam złożyć podanie/wniosek o przeprowadzenie badań emisji. W przypadku aut do 12 miesięcy od daty pierwszej rejestracji w kraju pochodzenia procedura przez TDT jest obowiązkowa, starsze jadą prosto do diagnosty.
Oczywiście będzie drożej. Opłaty powiązano z wysokością przeciętnego wynagrodzenia za IV kwartał roku poprzedzającego, publikowaną przez Główny Urząd Statystyczny. W 2026 r. wyglądałoby to następująco:
- weryfikacja dokumentów: 9,8 proc. przeciętnego wynagrodzenia, czyli ok. 900 zł,
- badanie pojazdu: 3,3 proc., czyli ok. 300 zł,
- wydanie świadectwa: 3,3 proc., czyli ok. 300 zł.
W przypadku badania przez Transportowy Dozór Techniczny jest jeszcze gorzej. Maksymalna wysokość opłaty to nie więcej niż 195 proc. wynagrodzenia, czyli około 18 tys. zł brutto w tym roku. Ustawodawca zakłada, że będzie potrzebować go około 30 proc. importowanych praktycznie nowych aut.
Jeżeli diagnosta wyda negatywną decyzję, to można złożyć na nią skargę, której koszt zostanie ustalony na 8,7 proc. wynagrodzenia, czyli około 800 zł. Według uzasadnienia do projektu w 2025 r. zarejestrowano w Polsce 129 tys. pojazdów spoza Unii Europejskiej. Założono, że około 2 proc. dostanie wynik negatywny.
Koszt łączny nowych przepisów dla importerów i osób fizycznych to około 890 mln zł w pierwszym roku, ale w kolejnym będzie to już tylko około 537 mln, bo założono, że import spadnie o 40 proc. Ten przewidywany spadek jest informacją zapisaną w dokumentach dotyczących projektu.
Jestem w szoku.
To brutalny sposób na rozprawienie się z importem z USA. I dziwię się, że ludzie w październikową noc woleli pójść pod Trybunał Konstytucyjny, gdy w Sejmie trwają prace nad znacznie gorszym rozwiązaniem.
40 proc. spadek importu to nie tylko brak tańszych aut, ale również potencjalna likwidacja tysięcy miejsc pracy począwszy od pośredników, po blacharzy i mechaników. Aż dziwię się, że jest o tym tak cicho.
Dziennikarz Autoblog.pl. Poprzednio pisał dla serwisu Bezprawnik.pl, dla którego stworzył ponad 200 tekstów. Od 10 lat zajmuje się również kontrolą jednostek samorządowych, ale od zawsze jego marzeniem było pisać na tematy motoryzacyjne. Do redakcji dołączył w październiku 2020 r. Specjalizuje się w zdjęciach szpiegowskich, wizualizacjach, modelach marki BMW oraz zmianach w prawie, które bezpośrednio wpływają na motoryzacyjny świat. Obudzony w nocy potrafi wymienić zalety poszczególnych silników niemieckiej marki. Potrafi wydobyć z czeluści internetu informację na dowolny temat. Jeździ ostatnim klasycznym BMW, ale nocami marzy o BMW X6.