REKLAMA

Fotoradar robił zdjęcia kierowcom. Wysyłał je do Rosji

Zamawianie fotoradarów może być problematyczne, bo na rynku są urządzenia, które mogą wysyłać zdjęcia nie tylko do operatorów, ale również do Rosji. To tylko wierzchołek góry lodowej.

Fotoradar robił zdjęcia kierowcom. Wysyłał je do Rosji

W dzisiejszych czasach wszystko może być bronią i narzędziem do zbierania danych. Chińskie samochody mają zakaz wjazdu do baz wojskowych, coraz częściej mówi się o tym, że komponenty z tego kraju umożliwiają pozyskiwanie danych. Teraz okazało się, że fotoradary również nie są tym, na co wyglądają.

Fotoradar wysyła fotki do Rosji. Po co?

Cała sprawa zaczęła się kilka dni temu na Słowacji. Okazało się, że fotoradary NERO R-ONE, produkowane przez cypryjską firmę SODASUS mogą stanowić zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. Komponenty w nich używane pochodzą z rosyjskich firm, a dodatkowo we wnętrzu fotoradarów znaleziono zapasowe karty SIM, które miały zapisane w pamięci 12 rosyjskich numerów. Żeby było śmieszniej - po rozebraniu fotoradaru na części okazało się, że wnętrze jest identyczne z fotoradarami rosyjskimi. Dalsza analiza ujawniła, że oprogramowanie również jest rosyjskie.

Karty SIM z rosyjskimi numerami były ukryte obok drugiego slotu. Po nawiązaniu połączenia z siecią urządzenie mogło otrzymywać polecenia, w tym dawało zdalny dostęp do kamery i ukrytego panelu administratora.

Tak wygląda NERO R-ONE, źródło: Słowackie Biuro Bezpieczeństwa

Zapytacie, ale po co Rosjanom słowacki radar? Jedna z teorii mówi o tym, że dzięki niemu mogli śledzić ruch pojazdów na drogach w czasie rzeczywistym, a to w czasach zagrożenia jest przewagą. Widzicie - taka kamera daje podgląd na żywo, bez względu na warunki atmosferyczne, dzięki temu można śledzić ruch pojazdów cywilnych, rządowych i wojskowych. Inna mówi, że dzięki zdalnemu dostępowi do kamery, można było uzyskać dostęp do baz danych słowackich i mieć wejście w systemy bezpieczeństwa. W końcu nikt nie podejrzewa fotoradarów, że mogą szpiegować na rzecz obcych mocarstw. Znając życie obie są prawdziwe.

Słowacy podjęli decyzję o wycofaniu urządzeń. Jednocześnie rząd twierdzi, że nie doszło do żadnego przecieku i narażenia cyberbezpieczeństwa, bo fotoradary są dopiero testowane i nie zostały włączone do bazy, a odkrycie zagrożenia nastąpiło w wyniku działań słowackich służb, więc wszystkie procedury zostały dochowane. Tylko nie do końca. Fotoradary miały certyfikat słowackiego instytutu zatwierdzającego urządzenia pomiarowe, więc musiały zostać przebadane. Jeden z ministrów słowackich tak się wypowiedział na ten temat:

Polegaliśmy na nich i jestem przekonany, że skoro taki urząd państwowy wydaje certyfikat, to każdy organ państwowy powinien móc na nim polegać bez zastrzeżeń. Dlatego też zaufaliśmy temu certyfikatowi bez zastrzeżeń. Ten certyfikat świadczy o rzetelności i przygotowaniu. Czy sam instytut został wprowadzony przypadkowo, czy też został bezpośrednio oszukany?

Premier Słowacji bagatelizuje zagrożenie, ale co ma robić? Powiedzieć, że wpuszczają Rosjan do swojego systemu?

A jak sytuacja wygląda w Polsce?

W naszych systemach nie używamy rosyjskich fotoradarów ani urządzeń cypryjskiej firmy. Jesteśmy więc bezpieczni, a przynajmniej z taką myślą kładę się spać. Wolałbym, żeby tak rzeczywiście było.

Paweł Grabowski
Redaktor

Dziennikarz Autoblog.pl. Poprzednio pisał dla serwisu Bezprawnik.pl, dla którego stworzył ponad 200 tekstów. Od 10 lat zajmuje się również kontrolą jednostek samorządowych, ale od zawsze jego marzeniem było pisać na tematy motoryzacyjne. Do redakcji dołączył w październiku 2020 r. Specjalizuje się w zdjęciach szpiegowskich, wizualizacjach, modelach marki BMW oraz zmianach w prawie, które bezpośrednio wpływają na motoryzacyjny świat. Obudzony w nocy potrafi wymienić zalety poszczególnych silników niemieckiej marki. Potrafi wydobyć z czeluści internetu informację na dowolny temat. Jeździ ostatnim klasycznym BMW, ale nocami marzy o BMW X6.