REKLAMA

To jest znacznie gorsze od samej kolizji. Ludzie nie wiedzą, co mają zrobić

Kolizja drogowa to zawsze nieprzyjemna rzecz. Ale jeszcze bardziej nieprzyjemne jest to, jak ludzie stali się w jej obliczu kompletnie niezaradni i zagubieni.

To jest znacznie gorsze od samej kolizji. Ludzie nie wiedzą, co mają zrobić
REKLAMA

Do napisania tekstu skłoniła mnie niedawna sytuacja, kiedy na pewnej drodze ekspresowej zrobił się w środku dnia zator - normalnie o tej godzinie ruch odbywa się w tym miejscu płynnie, dlatego spowolnienie jednoznacznie sugerowało, że coś musiało się wydarzyć.

REKLAMA

No i wydarzyła się kolizja, gdzie straty wyceniono na 25 złotych i 99 groszy, ale sprawa była na tyle poważna, że oświadczenie trzeba było spisać… na lewym pasie drogi ekspresowej. Ok, a więc sprawę początku zatoru drogowego mamy już wyjaśnioną.

Zamiast zjechać na bok, uczestnicy stali jak kłody na środku drogi

Zdarzenie to typowa kolizja na tego typu drodze, czyli najechanie na tył poprzedzającego pojazdu, prawdopodobnie w rezultacie nagłego hamowania jednego i nie trzymania odstępu przez drugiego. Mniejsza z tym, uderzył to uderzył, nie ma co drążyć tematu, bo nie o to w tym chodzi.

REKLAMA

Chodzi o to, że uszkodzenia samochodów nie spowodowały unieruchomienia żadnego z nich - nikomu nie stłukł się nawet klosz reflektora, aby móc zasłaniać się "niesprawnością pojazdu".

Nikt nie wpadł jednak na to, aby auta z drogi usunąć chociażby na pobocze, dlatego cała akcja rozegrała się w miejscu kolizji, a więc na lewym pasie jezdni. Dobrze, że ktoś chociaż pofatygował się z trójkątem odblaskowym i to nawet w przepisowej odległości.

REKLAMA

To nie pierwszy taki przypadek, który w ostatnich miesiącach zaobserwowałem

Można więc powiedzieć, że ten raz po prostu przelał czarę goryczy, bo ileż można. Od jakiegoś czasu z zaskakującą regularnością obserwuję sytuacje, gdzie na drodze dojdzie do błahej kolizji, samochody są ledwo draśnięte, a ich kierowcy zamiast zjechać na bok i tam się dogadać, chodzą bezradnie dookoła swoich "pociech" i drapią się po głowie.

Pozostawienie aut na drodze sprawia, że dookoła zupełnie bez powodu tworzy się zator. Pomijam z litości to, że często finałem jest wezwanie lawety, gdzie jeden i drugi pojazd bez żadnego problemu pojechałby dalej i o własnych siłach dotarł do domu.

REKLAMA

Na miejscu policji przyjeżdżającej do takiego zdarzenia zacząłbym rozmowę od wlepienia mandatów za utrudnianie ruchu

Uzasadnieniem pozostawienia poobijanych samochodów na jezdni przeważnie jest brak zgodności co do winy za doprowadzenie do kolizji. Tyle, że to też niczego nie zmienia, bo jeżeli nikomu nic się nie stało, a pojazdy nadają się do jazdy o własnych siłach, to powinno się je czym prędzej usunąć z drogi, aby nie utrudniały ruchu. Resztę należy dogadać już w bezpiecznym miejscu.

Przy okazji, nie dotyczy to oczywiście tytułowego zdarzenia, gdzie uczestnicy pisali oświadczenie oparci o maskę jednego z samochodów - tutaj nawet ten argument zostałby obalony z hukiem.

REKLAMA

W każdym razie, jeżeli byłbym takim policjantem z drogówki, który został wezwany na miejsce takiej kolizji, to moją pierwszą czynnością byłoby wlepienie obu kierowcom mandatu za utrudnianie ruchu, a dopiero drugą próba wyjaśnienia, kto, komu, jak i dlaczego.

Kiedyś ludzie byli jakoś bardziej zaradni

Wiem, że to stara gadka w stylu "kiedyś to było, teraz to ni ma", ale tak to wszystko niestety wygląda - kiedyś ludzie potrafili rozwiązywać takie problemy, a dzisiaj stoją bezradnie i nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Oczywiście nie jest też tak, że taka pomroczność dopada wszystkich bez wyjątku, ponieważ widziałem też dużo sytuacji, gdzie na drodze wydarzył się dzwon, a kierowcy potrafili po sobie posprzątać i się dogadać w bezpiecznym miejscu. Niemniej, przytoczonych przypadków jest stanowczo za dużo.

REKLAMA

A najlepiej po prostu się nie zderzać - nie będzie wtedy trzeba po sobie sprzątać.

Michal Reicher
Redaktor

Dziennikarz, fotograf, podróżnik i graciarz. Od 2019 roku redaktor Magazynu Classicauto, występował również gościnnie w Plejady Subaru. Etatowo od 2015 roku instruktor nauki jazdy, od 2018 roku w warszawskiej szkole GazeLka, gdzie uczy młodych ludzi graciarstwa od podstaw. Pomiędzy wierszami biega z aparatem po obskurnej i zapadłej Polsce, publikując swe zdjęcia na instagramowym profilu Polska w ruinie. Czasami zabawia towarzystwo organizacją imprez nawigacyjno-turystycznych pod szyldem Stary Pojazd i Może. Jeździ na co dzień tym, co akurat rano odpali.

REKLAMA
REKLAMA