REKLAMA
  1. Autoblog
  2. Felietony

Audi pozwoli na dokupienie opcji już po zakupie samochodu. Klaszczę tak mocno, jakby jutra miało nie być

Jednocześnie jestem pod wrażeniem tego, jak działowi PR w Audi udało się w całym komunikacie ominąć takie słowa jak subskrypcja zakup opcji. Pewnie wyciągnęli wnioski z tego, co działo się przy komunikatach np. BMW.

01.10.2020
16:27
audi opcje
REKLAMA
REKLAMA

W sumie dobrze, bo teraz całość brzmi trochę bardziej zjadliwie nawet dla kogoś, kto mógł być do tej pory przeciwny takim rzeczom. O co dokładnie chodzi? Już tłumaczę.

Audi pozwoli dokupić wybrane opcje w dowolnym momencie życia samochodu.

Na razie haczyki są dwa. Po pierwsze - opcja trafi do klientów na terenie Norwegii i Niemiec. Po drugie - dotyczy dość ograniczonej liczby opcji. Objęte nowym programem mają być dodatkowe funkcje z zakresu:

  • oświetlenia,
  • systemów wsparcia kierowcy,
  • pokładowych systemów multimedialno-rozrywkowych.

Dostępne opcje różnią się w zależności od rynku i modeli (jak na razie wspierane są A4, A5, A6, A7, Q5, Q7 i Q8 oraz e-tron), ale Audi podaje, że np. w e-tronie można w ten sposób rozbudować sobie zwykłe LED-owe reflektory do reflektorów matrycowych. Albo dokupić sobie do systemu multimedialnego nawigację i obsługę CarPlay.

To wszystko jednym kliknięciem, bez jazdy do ASO, w standardowej cenie.

Może przesadzam, że jednym kliknięciem, bo pewnie trzeba ich zrobić trochę więcej w aplikacji Audi albo w ichnim serwisie internetowym, ale w skrócie wygląda to tak: wybieramy w aplikacji, co chcemy do auta dodać, klikamy, potwierdzamy, w głębi serca płaczemy na myśl, o pieniądzach, które właśnie zniknęły z naszego konta, po czym cieszymy się, że mamy w aucie nową funkcję. Ok, musimy jeszcze wyłączyć i włączyć auto (serio), ale potem już faktycznie mamy to, co chcieliśmy.

Nie wiemy, czy dana nowość będzie nam pasować? Możemy ją bezpłatnie przetestować przez miesiąc. Nie pasuje? No to jej nie wykupujemy. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia i bez matrixów nie chcemy już wyruszać w podróż? Klik, klik, jest.

I choć Audi bardzo, bardzo, bardzo mocno starało się uniknąć określenia subskrypcja, zamiast tego używając określenia booking, można założyć, że do wyboru będą dwie opcje - wykupienia dodatkowej opcji na stałe lub na określony czas. Sugeruje to chociażby informacja o tym, że dokonane przez nas zakupy przenoszą się na kolejnego właściciela na wykupiony przez nas czas. Albo na zawsze, jeśli wykupimy je na stałe.

Ceny? W komunikacie nie ma szczegółów na ten temat, ale pojawia się wzmianka, że są ustalane na bazie klasycznego cennika. Czyli zakładam, że jeśli np. matrycowe reflektory wymagają 5000 zł dopłaty w stosunku do zwykłych przy zamawianiu auta, to tyle samo zapłacimy w aplikacji.

Ach, no i do tego nie ma ograniczenia co do tego, czy kolejny właściciel może też dokupić opcje według własnego gustu.

I jak tutaj nie kryć zachwytu?

Wiem, że nie wszyscy są fanami takich pomysłów. I wiem, że pewnie niedługo ktoś u nas napisze tekst, w którym bardzo się ze mną nie zgodzi (z powodów, z którymi w sumie mogę się zgodzić). Ale zerknijmy na to z perspektywy dwóch klientów - kupującego nowe auto, i kupującego auto używane.

Ten pierwszy, czyli kupujący auto z salonu, może zrobić tak, jak robił zawsze do tej pory - zaznaczyć od razu w konfiguratorze to, co chciałby mieć na pokładzie, a potem po prostu jeździć i nie myśleć o tym, że może warto było jeszcze zaznaczyć X, co będzie możliwe dopiero przy zakupie kolejnego auta. Albo pluć sobie w brodę, że mógł nie płacić kilku tysięcy za Y, bo to mu jednak w ogóle nie jest potrzebne albo działa kiepsko.

Może też zamówić tylko to, co będzie mu niezbędne i czego nie da się później dokupić, a resztę po prostu przetestować w trakcie, płacąc ostatecznie tylko za to, co ma sens, działa dobrze i jest przez niego często wykorzystywane.

Przykłady? Niech będzie czysto teoretyczny - np. z asystentem utrzymania pasa ruchu. Przy składaniu zamówienia jesteśmy przekonani, że to fajny dodatek i będziemy z niego korzystać. Po odebraniu auta i pierwszych jazdach testowych okazuje się, że system może jest i działa, ale działa tak sobie, np. myszkując między liniami, z czym w ogóle nie czujemy się komfortowo. Wyłączamy więc tę opcję i nigdy więcej nie korzystamy już z tego, za co zapłaciliśmy na starcie. Podobnie np. z matrycowymi reflektorami - te kilka tysięcy dopłaty może się wydawać nieuzasadnione do momentu, kiedy nie pojeździmy z takim systemem przez kilka jesienno-zimowych nocy. A na jeździe próbnej raczej tego nie zrobimy.

I nie zapominajmy o jednym - zapłacimy pewnie tyle samo, co za zamówienie tych opcji w momencie konfiguracji auta. Poczucie, że przecież to było na pokładzie, dlaczego mam za to zapłacić jeszcze raz raczej nas nie dręczy, bo wiemy, że oprogramowanie też swoje kosztuje. Z kolei jazda do Mirka Mechanika, żeby ten odblokował funkcje za kilka dyszek, nigdy nas nie kusiła, bo jakoś nigdy nie traktowaliśmy producentów samochodów jako cwaniaków-złodziei, których okantowanie jest punktem honoru.

A przypadek drugi, czyli kupujący używane auto?

Tu jest nawet jeszcze lepiej - i piszę to jako ktoś, kto do tej pory kupował tylko używane auta i być może już zawsze będzie kupował tylko używane.

Załóżmy, że zakochałem się w aktualnym A5 (mało realne, ale to tylko tekst do internetu, można pokłamać). Znajduję egzemplarz, z którym jest wszystko ok, ma silnik już z tych poprawionych, ładny kolor, wszystkie papiery, fajne wnętrze - nic, tylko brać. Ok, ma pewne luki w wyposażeniu, które chciałbym mieć, ale co poradzić - nie można mieć wszystkiego.

Przyjeżdżam, podpisuję umowę, przelewam pieniądze, wsiadam, jadę. Jest fajnie, ale zawsze marzyły mi się matrycowe reflektory. Co robię? Staję na parkingu, wyciągam aplikację, wybieram odpowiednią opcję, wyłączam i włączam samochód. Jest. Pięknie. Podłączam telefon do systemu multimedialnego, po czym orientuję się, że ktoś miał inne preferencje ode mnie i nie dokupił CarPlaya. Klik, klik i wita mnie na monitorach Audi ekran główny samochodowego systemu Apple'a. Mogę jechać do domu, jakoś potem żonie wytłumaczę te ostatnie wydatki z naszego konta.

Teoretycznie jakoś ludzie radzili sobie do tej pory z takimi brakami.

Na przykład kupowali auto, w którym brakowało niektórych funkcji, a potem zaczynali przygodę z nim od szukania po internecie i odpowiednich forach, jak to coś dołożyć. Sieć jest bez wątpienia pełna odpowiednich, 200-punktowych instrukcji, jak to wszystko poskładać (z zaznaczeniem, że wystarczy na to poświęcić tylko kilka wieczorów), uzupełnionych bogatymi ilustracjami, które w podejrzany sposób przeważnie wyglądają tak:

I gdzie przeważnie kluczowy moment całej operacji opisany był mniej więcej w taki sposób:

To wszystko do tej pory było proste, teraz zaczyna się trudniejszy fragment. Na wszelki wypadek rozrysowałem wszystko i opisałem szczegółowo na zdjęciu. Zdjęcie poniżej, powodzenia!  

Aha, i nie zapomnijcie, że potrzebujecie jeszcze modułu o oznaczeniu 50518381 (może być problem, ja swojego szukałem 4 lata i musiałem pojechać odebrać osobiście w Uzbekistanie), 14 m przewodów, lutownicy, szlifierki, 4 torxów, w tym jednego z przedłużką, śrubokrętu gwiazdkowego, marchewki i zestawu spinek, bo na pewno wszystkie połamiecie przy demontażu.

REKLAMA

Po czym po wrzuceniu w Google oznaczania 50518381 okazuje się, że według wyszukiwarki może to być parasol, kapsel do felgi od auta zupełnie innej marki albo numer telefonu do pralni, a nie jakiś moduł do naszego samochodu. Nigdy też nie dowiadujemy się, do czego miała służyć marchewka, bo założyciel wątku od 8 lat nie udziela się już na forum.

To ja chyba jednak wolę te dodatki wyklikać w aplikacji w 3 minuty od zakupu. Albo w 3 miesiące od zakupu, bo kto mi zabroni doposażać auto na raty.

REKLAMA
Najnowsze
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA